ukazuje się od 2005 roku
środa, 26 września 2012
W moim lesie - reportaż

W MOIM LESIE

 

Kiedy mówię, że wybieram się do lasu, nie zawsze mam na myśli dziki festiwal drzew i zarośli , albo matecznik. Nie uznaję lasu tłem dla neurotycznych przełajów z plotką na ustach i kijami w dłoniach, ani tym bardziej dla konkursowej penetracji jadalnego runa.

Moim lasem jest Natura, bliska i szorstka zarazem, subtelna i samodzielna – nawet jeśli trochę przyczesana grzebieniem ludzkiej ingerencji, uparcie tętniąca swoim pulsem.

Oczywiście, dzisiaj najwięcej jej tam, gdzie najodludniej, gdzie odciski racic i ścieżki z ugniecionych traw znikają nagle w gęstwinie. Ale moim lasem bywają także odkryte polany, oka ciemnych jezior, pastwiska i zbożowe pola pośród ślepych sołectw.

Moim leśnym domem jest mały traperski obóz wpisany w niespełna 3 hektarowy teren, na obrzeżach wsi Parpary. Rezerwat pospolitych ziół, nierównych sosen i … marzeń.

W tej okolicy spędzałam swoje długie dziecięce wakacje. Jednak od tamtej pory życie, do spółki z dyrektorami spółek, terminarze urlopów i rozkład PKP dyktowały czas pobytu i porę powrotu. Dzisiaj, cudownie uwolniona moją anarchistyczną decyzją, osiedlona w oddalonym o trzydzieści minut rowerowej jazdy, Sztumie  - mogę tu bywać i … być.

W pierwszych dniach lipca ściągnęliśmy tutaj taborem objuczonych jednośladów, z których motorower przyjaciela - jako najsilniejszy wierzchowiec, poniósł główny ciężar potrzebnego dla naszej małej rodziny ekwipunku.

 

Miejsce

Na miejscu jest wszystko, czego leśni ludzie potrzebują, zwłaszcza latem. Jest sadzawka: nasza wanna, riwiera oraz źródło cudownie miękkiej wody do mycia naczyń i „deptanych” przepierek. Przede wszystkim jednak mieszkanie dla setek żab, traszek, omułków, nartników, ważek, dafni, pijawek oraz niewidzialnego gatunku trzcinowych „szuraczy”.

 

Pofałdowana dzika łąka, to niejako punkt centralny naszego terytorium, graniczy z kilkoma polami uprawnymi oraz trzema najbliższymi sąsiedztwami (na szczęście mieszczą się one w okolicach zdrowego horyzontu!). Dookoła lipy i wierzby, parę świerków … A po środku  tego wysokiego stepu mężnieje samotny „dębuś” – ulubione drzewo mojego Syna.

Wyżej, w stronę  lasu, łąka staje się coraz bardziej piaszczysta i uboga w rośliny – tutaj zawsze lubią bawić się dzieci, a zwierzęta zostawiają czytelne ślady swoich wizyt.

Las jest niewielki, niegdyś podobno samozwańczo się rozsiał, rozlazł i pozostał.

W otoczeniu starszych pni, drzemie nasz Święty Krąg z kamieni. Nieopodal, tuż na skraju lasu, bliżej stawu  – niczym modlący się szkielet, pochyla się kopuła Szałasu Pary.  Ciekawe, że archaiczne świątynie zawsze tak idealnie wtapiają się w otoczenie, jakby tylko nieśmiało zaznaczając ludzką rękę, jako jedną z części całości. Takie miejsca mają w sobie coś niezwykle subtelnego i nienatrętnie uniwersalnego…

Szczególnym miejscem w naszym rezerwacie stała się „Kocanka” – złota łąka, latem szepcząca krajobrazem wysokich traw i puchatych kocanek, a zimą odsłaniająca szeroko zaorane pola. Na „Kocance” kiedyś stanie mój dom, albo choćby mała przyczepa z kominkiem. To tutaj pierwszy przybywa wiatr i szaleje w brzozach, stąd najpóźniej odchodzi słońce. Gdzieś tu mieszka borsuk, a w nawłociach przykucają sarny. „Kocanka” w międzyczasie stała się ulubioną salą seminaryjną w trakcie spotkań Duchowego Survivalu, przede wszystkim jednak przestrzenią dla moich niepublicznych refleksji… Darek rozszerzył przeznaczenie polany i bezczelnie nazwał ją „Fochownią”!

Tymczasem infrastruktura, ta wyciosana na początku przez moich Rodziców i ich przyjaciół  nie zakładała nigdy skrótów, ani udziału zbędnej techniki, od której przecież właśnie z radością uciekamy. Wodę pitną przynosimy z ujęcia na skraju naszej łąki, skubiąc przy okazji kilka listków mięty na herbatę. Prąd jest, ale bardzo wysoko i siedzą na nim jaskółki oraz błotniak!

Najcięższa urbanizacja terenu, skończyła się kilkanaście dobrych lat temu na postawieniu dwóch barakowozów, których wnętrza, praktyczne i na swój sposób urocze, wyglądają jakby zaprojektowały je Papusza do spółki z Babą Jagą i samą Heidi. Dalej, dzisiaj już w głębi całkiem sporego sosnowego lasku, niczym samotna chata kanadyjskich myśliwych, stoi drewniana kuchnia letnia: bardzo ażurowa (niestety, coraz bardziej)! Butla gazowa, z której tutaj korzystamy, stanowi praktyczną alternatywę dla palenisk w tipi oraz centralnego ogniska pośrodku łąki.  Obok chatki – do szerokiej dyspozycji rozstawiony został dwukomorowy zlewozmywak marki „Tajga” (zob. foto).  

Dla wstydliwych higienistów jest mała myjnia: konstrukcja  z trójnogu obleczona płótnem, podłoga ze ściętej trzciny, wiadro z wodą i muszelka z mydłem (wpływy nurtu hawajskiego na lokalną estetykę!).

Ustronne miejsce reprezentuje tradycyjny drewniany wychodek i bije wszystkie najbardziej luksusowe latryny , jakie znam. Trzeba tylko pozostawić otwarte drzwiczki i … można podziwiać wiewiórkę!

W tym roku spaliśmy w nowym wielkim namiocie z przedsionkiem. W ten sposób spełniła się wreszcie część materialnych obiektów mojego pożądania (w końcu z moim wzrostem chciałoby się wreszcie wchodzić do domu wyprostowanym!). Na potrzeby warsztatowe i  towarzyskie rozstawiliśmy dodatkowo dwa tipi. W jednym z nich pomieszkiwał Darek, nasz dobry duch i przyjaciel, towarzysz śniadanek ze swojskim pomidorem, rozmów o oddolnej kontrrewolucji oraz życiu seksualnym miejscowych borsuków, bezlitośnie życzliwy krytyk programowy Duchowego Survivalu (autor „fochowni” i innych terminów wyssanych z piwa oraz nadmiaru tlenu w powietrzu) .

Na ciekawe towarzystwo nie można było narzekać, dookoła całe narody skrzydlatych, kudłatych i chitynowych stworzeń - oczywiście w roli miejscowych gospodarzy, gości oraz przechodniów!

Już o poranku, nad śniadaniem wrzeszczała nieustannie para sójek, a pobliskie gałęzie bujały się od rozbawionych grupek małych ćwierkaczy. Pływanie żabką – tylko pod okiem żab. Noc pod gołym niebem spędzasz z lisem (naprawdę wąchał nam śpiwór!), dzikami oraz niewidzialną kuną. Nawet w namiocie trudno było zaznać samotności: w przedsionku grasowało jaszczurcze przedszkole, a do sypialni szybko wprowadziła się niezbyt urodziwa pani tygrzyk, która w imię naszego wspólnego interesu skutecznie eliminowała muchy i komary (a po krótkim romansie, zrobiła to również swojemu partnerowi!).



 











Rytm

Czas, który tam w lesie zachodzi w nas i wokół nas, zdaje się być czasem właściwym. Nawet nie spostrzegliśmy, kiedy stając się częścią tego małego dużego świata, zaczęliśmy oddychać w tym samym rytmie, co on. Budziliśmy się o świcie, by choć na chwilę wychylić z legowiska głowę, potem jeszcze odrobina snu i razem z pełnym słońcem rozpoczynaliśmy nowy dzień. Pierwsze kroki na mokrej jeszcze trawie odświeżały stopy, a zaczerpnięta z metalowej misy woda – twarz. Nic piękniej nie odprowadza z głowy snów, jak całe to ziemskie granie i pachnienie...

Pośpiech? Niepotrzebny, odrzucony, nieznany. Tutaj dzień rozpoczynam rytualnie leniwie, ale z przyrodniczym zdecydowaniem, tak że każda czynność i krok mają sens – mycie łyżki, gapienie się na błędnego żuka… Na wszystko jest czas, chyba trzeba mu tylko dać … CZAS, aby się rozsiadł i ułożył – tylko wtedy on ugości nas szeroko i pozwoli wykroczyć poza przestrzeń.

Nie było takich czynności w ciągu dnia, których bym nie lubiła. Zbieranie chrustu, noszenie ciężkich wiader z wodą, czy obieranie warzyw na obiad … Odeszły gdzieś cywilizacyjnie narzucone i abstrakcyjne „musiaki”. Zamiast tego pojawiała się żywa potrzeba, a zaraz za nią jakaś zupełnie pierwotna moc działania.

Bywało, że deszcz zmieniał kolejność naszych planów, ale  jednocześnie niósł ze sobą nowy porządek, któremu ulegaliśmy bez sprzeciwu. Szybko nauczyliśmy się, że w naturze robisz to, na co cię aktualnie stać i na co pozwala aura - święte przymierze, którego łamać nie warto.

Wieczorami najczęściej siadywaliśmy przy ogniu, wyczekując przybyszy z coraz ciemniejszej bramy lasu, a w sierpniu - spadających gwiazd. Rozmawialiśmy, popijając piwo i herbatę. Sambor coraz precyzyjniej układał patyki w płomieniach, a kiedy zapadała noc, zasypiał wtulony w mój wełniany płaszcz. Rytuały codzienności na tle ciągle zmieniającego się otoczenia …

 

Przyjemności

Nie potrafię teraz przywołać tych wszystkich przyjemności z drobnych spostrzeżeń, wciąż nowych doświadczeń rąk i umysłu, to sztuka raczej na miarę poezji! Las nie oszczędza naszych zmysłów, szczodrze funduje im nieustający poligon. Koncentracja i podzielność uwagi, refleks i cierpliwość -wprowadzane są symultanicznie. Na skaleczenie Natura aplikuje szczepionkę z instynktu oraz plaster z zapomnienia. Rozkosze smakuje się do końca, a doznania z pogranicza – hamuje oddolnym umiarem. Te ostatnie są z resztą najciekawsze. Czucie igliwia, piasku i łamanych patyczków pod stopami, połączone z dźwiękiem – to czysta i skromna satysfakcja z przemieszczania się. Kąpiel w chłodnej wodzie i wyjście na brzeg – hedonistyczna ulga i klaps trzeźwości. Napar z dziurawca z odrobiną piołunu – gorzki początek odciążenia. Chrobocząca ciemność -  zaciekawienie i ten stary, prawie zapomniany strach …

Ale są też rzeczy jednoznacznie miłe i słodkie, wspominam więc poziomki, jagody, sarnie zadki poskakujące w polu, drzemkę w ciepłym cieniu, kochanie za zasuniętym zamkiem błyskawicznym – rozmowę bez słów .

 

Przepływ

Choć, jak wszystkie zwierzęta, stworzeni jesteśmy do odbierania, nieustannie nadajemy. Człowiek ledwie jeszcze potrafi zamilknąć, posłuchać, dostrzec. Niepohamowane pragnienie prezentacji, konfrontacji i autokreacji, a na końcu misjonarskiej cywilizacji – zatyka nam dzisiaj ostatnie złoża instynktu.

A tutaj świat przepływa przeze mnie, faluje i zawraca. Pozwala mi się poznawać i kokietuje obszarami, o których ciągle tak mało wiem. Codziennie słyszę tego samego dzięcioła, rejestruję postęp jego prac, chwytam zuchwałość wobec mojej obecności. Codziennie uczę się jakiejś małej tajemnicy o jego życiu, po to aby zrozumieć więcej z tego świata.

Kiedy zdejmujemy z siebie płaszcz gościa i odsuwamy krzesło gospodarza – możemy stać się jedną z kropel tego strumienia, zasilić sobą nurt i pozwolić mu się poprowadzić …

 

Czas dziecka

Sambor doskonale poradził sobie z identyfikacją w zielonej przestrzeni. Już pierwszego dnia rozebrał się do naga, wspiął na „Dębusia” i  stamtąd oznajmił wszystkim, że widzi wszystko, a jego nie widzi nikt!

Znaleziona w lesie czaszka psa była obiektem jego dumy i nabożnej analizy. Sześcioletni chłopiec szybko nauczył się odróżniać ogon lecącego krogulca od ogona myszołowa, a śpiew trznadla od śpiewu innych ptaków (gdyż ten zawsze zagajał ze świerku nad barakiem, a inne nie!). Kiedy już zabrane z cywilizacji klocki lego przestały wspierać jego kreatywność, w piasku zaczął budować alternatywne mieszkania dla mrówek. Całymi dniami moczył swoje chude ciałko w sadzawce, przy okazji drażniąc żaby trzcinowym patykiem. Dogłębnie studiował ślady i nory zwierząt, nie wzgardził nawet moją propozycją rozgrzebania kuniej kupy, w której znaleźliśmy skrzydła żuka i jagody. Przychodził też do Sambora chłopiec z sąsiedztwa, budowali razem militarne bazy, szałasy i strzelali z kijów. Moje dziecko, zwane od pewnego momentu „aborygenem” nie nudziło się, nie marudziło, nie pozwalało też czesać się i ubierać. Tylko zęby synek mył posłusznie – bo mu opór od tego biegania zmalał.

Tam, na łące Sambor stał się swoją własną esencją: istotą naiwną w swojej dziecięcości i mądrą w swojej dorosłości. Czułam, że dojrzał w nim mały opiekun rodziny, czujny obserwator i bystry informator, zwinny łąkowy goniec i … lustro naszych pokrzywionych emocji.

Pewnego dnia zapytał: ”Mamo, a kto urodził tego pierwszego człowieka?”. No właśnie, kto? 

 





 

Pod palcami

Niczym Karen Blixen, pod dachem namiotu, albo przyjaznym drzewem rozstawiałam swoje polowe biurko i … próbowałam pisać. Zamiast romantycznej maszyny do pisania, klepałam w czarne pudło mojego komputera, którego bateria starczała tylko na 1,5 godziny pracy. By zasilić komputer, biegałam więc raz po raz przełajem przez mały las i polną drogą (trochę przez wieś) do domu nieobecnej sąsiadki. Z rozwianym włosem, garderobą obszarpanej nimfy oraz czarną teczką w dłoni, wyglądałam zapewne jak  przemytnik z gorączkowych majaków.

Oprócz tłumaczeń, które obiecałam wykonać dla  Przyjaciół z „3 Eichen”, dokonałam paru istotnych zapisków odnośnie koncepcji poszczególnych etapów Duchowego Survivalu, czyli swojej warsztatowej misji.

Ale tak najbardziej chciałam zatrzymać ten czas, w którym z każdym dniem zanurzałam się coraz głębiej, jak słońce w zachodnim horyzoncie … bez wiedzy o powrocie. Jednak niezwykle trudno się o tym pisze. Próbowałam więc składać wiersze, robić szkice do felietonów, ułożyłam kilka pieśni na okoliczności „duchowe”.

Czasami jakby szkoda mi było tych chwil, odkładałam długopis, albo odsuwałam czarną skrzynkę – po to aby pooddychać, zmrużyć oczy, posłuchać tych delikatnych kwileń, pomruków i szumów, odgadnąć które są bliżej, a które dalej. Czy słyszałam je wczoraj – czy nadeszły tu dopiero dziś?

Bywało, że wolałam iść na spacer, wałęsać się, wietrzyć i wypatrywać. Sporo czytałam. Najwyraźniej zwyciężał odbiór.



 

Cywilizacja

Mój kontakt z cywilizacją polegał na rozpakowywaniu zakupów oraz na przymusowych odwiedzinach w powiatowym urzędzie pracy. Jedynym pożytkiem tego ostatniego było ćwiczenie moich coraz ładniej wyrzeźbionych nóg podczas pedałowania na nierównym terenie.

Duch cywilizacji spływał na nas również w postaci najazdów ulubionych gości, ale szybko wietrzał z ich ubrań, mieszając się z zapachem ogniska i wilgoci.

Bywaliśmy też we wsi, aby w miejscowym sklepie kupić Samborkowi loda, a samemu wypić zimne piwo na ławeczce. Przy okazji zamienialiśmy parę słów ze zorientowaną w sprawach wsi, Panią Sprzedawczynią, podtrzymując w ten sposób niezależny ponton sympatii wśród lokalnej społeczności. Wierzymy też, że podawanie łapy miejscowym koneserom piwa marki „Harde” powstrzyma ich, gdyby kiedyś zechcieli ukraść nam taczkę!

Niezbyt często, ale ze sporym namaszczeniem wybieraliśmy się w odwiedziny do mieszkającej w drewnianym domu, starszej pani Leśniczyny, wdowy po szarmanckim leśniczym, Panu Andrzeju Zakrzeńskim. To dwie rzeźbione przedwojenną klasą, barwne postacie, zaczepione głęboko w mojej dziewczęcej pamięci.




Nie-potrzeby

Uświadomienie sobie, że w tym naszym rezerwacie niczego więcej już nam nie potrzeba – nie było rewolucyjne. Przydałoby się co prawda parę zagonów z warzywami, ale poza tym – nie tęskniliśmy za niczym. Na liście niezbędnych do naszego dalszego funkcjonowania dóbr – więcej niż połowę wykreśliłam! Na zupełnych antypodach fanaberii wylądowały marzenia o odzieży oraz sprzęcie RTV i AGD. Dobrze byłoby dotrzeć kiedyś do dentysty i do szewca (może udałoby się scalić wizyty?).

Do nikąd nie pragnęliśmy się stamtąd wyrwać (dzień, w którym nas uratowano – pozostanie traumą do wiosny!). Za nikim nie tęskniliśmy bardziej niż za sobą nawzajem (niezgodność stanu liczbowego wprowadzała poczucie dyskomfortu),nie narzekaliśmy na pogodę, nie chcieliśmy robić niczego innego, nie chcieliśmy wyglądać inaczej, być kimś innym. Tylko raz mieliśmy ochotę na lasagne i pizzę!

Owszem, zgłaszałam twarde spanie i kretowisko pode mną – ale sprawa uszła bez echa, więc podłożyłam sobie dodatkowy koc i polubiłam spanie w chłodzie.

 

Święty Krąg

Z czasem zauważyłam, że coraz rzadziej szukam Duchów i symboli Wszechświata pośród kamieni w  Kręgu. Coraz rzadziej zanoszę dymiącą czarkę w to miejsce, by podziękować.  Przechodzę tamtędy normalnie, nie zawsze przystaję.

A to dlatego, że tutaj mogę Duchom śpiewać wszędzie i dziękować dookoła, a jak trzeba, to i wypłakać w rękaw. Tym rękawem może być pień drzewa, ścieżka w polu i brzeg wody.

W każdej łodydze, w każdym baldaszku, w szybujących wysoko ptakach - widzę Duchy tej pięknej Planety. Tak niewiele trzeba, by zrozumieć ich narzecze.

Mój las jest skarbnicą mądrości o radościach życia, miłosnych tańcach, sztuce zwyciężania i przegrywania. Mój las nie ma granic.

Nie ważne, gdzie teraz siedzę i czym się zajmuję, część mnie nadal tam jest…

 

 

 

 

 



niedziela, 05 sierpnia 2012
Nauczyciele Ziemi

Kiedyś obdarowana tym filmem, polecam dalej:

"Kanyini"


 

czwartek, 05 lipca 2012
Dogonić marzenia

Przyszła chwila, by zajrzeć na dawno niedoglądane poletko… czyli mój mały literacki kącik „Ziemi i Ziemian”. Na szczęście, w przeciwieństwie do innych internetowych zagonów – nie zarosło chaszczami spamu i nie zgasło, by pozostawić po sobie okrutny komunikat  „page not fund”! Niczym zapomniany pokoik na baśniowym strychu, otwiera się tym samym widokiem ostatnio pozostawionego wpisu. Trochę to jednak smutne.

Ale jakże uzasadnione w obliczu ostatnich wydarzeń, które zaabsorbowały mnie w każdym wymiarze: aktywności i bezruchu, zorganizowania i chaosu, uczucia i rozumu.

Najpierw, po ośmiu latach gniazdowania w wielkopolskiej Chodzieży, pożegnałam się z pracą tłumacza w fabryce mebli tapicerowanych, wypiłam kilka litrów „strzemiennego” z przyjaciółmi, uroniłam parę mililitrów łez nad ukochanymi lasami i pagórkami. Na końcu spakowałam swoje życie i wspomnienia, wtłaczając je do średniej wielkości ciężarówki. Wróciłam do rodzinnego Sztumu. To miał być początek romansu z moim miejscem na Ziemi.

Miniona jesień okazała się być chyba jedną z najdłuższych i najciemniejszych, jakie pamiętam. Stłoczeni na dwóch wynajmowanych pokoikach, zubożali na koncie i uczuciach, rozpoczęliśmy walkę … o światło. Każdego ranka, kiedy świt zdawał się być jeszcze daleko za Atlantykiem, marzłam na wietrze czekając na swój duszny autobus do Malborka. Tam, w kolejnym biurze mojego życia, próbowałam terroryzować umysł do ogarniania pojęć dla mnie niepojętych i zagłuszać wewnętrzne pytania o cel.

Sambor polubił nowe przedszkole, tutejsze obiadki i zakochał się w wielkookiej Adzie. Marek z judymowskim zacięciem zawodowo zaczął czynić zamieszanie w lokalnych centrach kultury. Teatr „3,5” i szczudlarska sekcja z Dzierzgonia powoli opierzają się i ćwiczą pierwsze loty, ale On chce sięgnąć dalej… Codziennie między zdejmowaniem motorowego kasku i kolejnym papierosem – roztacza przede mną pejzaże krnąbrnych planów.

Wiosną zrozumiałam na pewno, że nie umiem działać dwutorowo, że nie pogodzę tego, co jakoby muszę robić -  z tym, co robić chcę! Do tego pojawiające się jak atak alergii anarchistyczne porywy - całkowicie zdominowały słabą promocję kapitalistycznego widoku na słońce, zza szyby!

Pojęłam decyzję – jedną z wielu, tym razem ze słabo osłoniętym dupskiem i plecami, za to z piegowatą, uśmiechniętą twarzą: Odchodzę i nigdy nie wrócę! Nie będę więcej niewolnikiem biurka i kredytu, zaciągniętego przez pana menedżera na trzeci samochód i mieszkanie dla jego tłustych dzieci. Dożywotnio zabraniam sobie limitów na wąchanie wiosny, leśne koczownictwo i brudne pięty, nie mówiąc już o przedszkolnych teatrzykach mojego Syna!

Kiedyś po powrocie z Drei Eichen, głośno pożegnana przez plemię żurawi, namalowałam sobie „mandalę” moich marzeń, małe koło, wokół niego inne, coraz większe i szersze, jak kręgi na jeziorze – nadszedł czas, by wskoczyć w tę wodę!

Jeszcze w maju potwierdziło się, że światowa mini-luka na moją osobę istnieje!

Zastąpiłam starego przyjaciela przy językowej opiece nad reprezentantami naszego partnerskiego miasta z Francji. Przez prawie tydzień ganiałam z tą sympatyczną i wartościową towarzysko ekipą, tłumacząc dowcipy i przemówienia, pilnując parasola, połykając w pośpiechu półroczny budżet naszego miasta i gminy…   

Potem  już pakowałam się na kolejny wyjazd do ośrodka w Drei Eichen, gdzie mam przyjemność absolutną pracować z moją straszą Siostrą, Charlotte Bergmann nad jej kolejnym owocującym projektem „Edukacja w Dzikiej Przyrodzie”. Ech, cóż to są za edukacje, a jakie fascynujące dziczenie!     

W międzyczasie otrzymałam propozycję objęcia stanowiska koordynatora ośrodka edukacji ekologicznej w Benowie. Jeśli Duchy podtrzymają wsparcie, w sierpniu mogłabym już podpisać umowę z patronującym ośrodkowi Stwoarzyszeniem Eko-Inicjatywa z Kwidzyna. Jest zatem niemała szansa, że będę pracować nad tym, co mnie kręci, wzmacnia i uskrzydla – czyż to nie miłe zanurzenie w papierowej mandali znad mojego posłania?  

Oprócz tego czeka mnie najpewniej cudownie długi i niczym nieograniczony pobyt w Parparach, na ojcowej ziemi – historycznym już dla niektórych pograniczu wsi i lasu, małej wyspie znudzonego spokoju i prymitywnego życia pod chmurką… A już niebawem - kontynuacja zainicjowanych w zeszłym roku spotkań z filozofią Sun Bear’a pod tytułem „Duchowy Survival”. Grupa się rozrasta, co mnie napawa zupełnie niepokorną radością i … całkiem nielichą tremą.

Mam tylko problem z dyscypliną, najgorszy – bo swoją osobistą! Miałam pisać, pisać, pisać, skompletować materiał do… W czarnym pudle z klapką wisi niecierpliwie stos tłumaczeń, przecież branżowych – a jakże, o ptakach, szkicowaniu lisiego szkieletu, rozmowach z łodygami! Gdzie zgubiłam tekst tej piosenki? Przecież chciałam z Arkiem porozmawiać o lekcjach współpracy głosu z instrumentem! Zapomniałam też zadzwonić do Pawła, czas by już rozpruszyć ulotki, no … był taki plan … kurs dla przyszłych mam … taki inny, taki mój.

A ja wstawiam pranie, leję Samborkowi wodę do chińskiego basenu, obszczypuję kwiatki na tarasie i czytam trzy książki na raz, palę papierosa, otępiam się Internetem, idę po warzywa, pięć minut żałoby po Tassmanie, kasza na obiad. No i ten Marek! Znowu wciąga mnie w nikotynizm, swoje teatralne rozkminy i permakulturalne doświadczenia. Obywatelska czkawka dokręca emocje, przechodzimy na łacinę i … znowu północ! Eh …

Moje ciało najwyraźniej postanowiło najpierw zrobić sobie urlop, po dwunastu latach narzucania mu pozycji kucznej, od czasu do czasu cierpię na włoski strajk mózgu i pośladków!

Ale jakby nie było,  bliżej mi do marzeń, bliżej do świata, bliżej do siebie. Witajcie!



poniedziałek, 03 października 2011
Miejsce na Ziemi ...

Miejsce na Ziemi

 

Dzikie kaczki odlatują sunąc po niebie, niczym sznury czarnych koralików.  Lekkie, jak nić babiego lata i jednocześnie zwarte w równomiernym szyku, tworzą strzały wysłane do miejsca, w którym będzie im lepiej. Właśnie w podniebnej choreografii płynnie łączą się  dwa klucze.  Czasem cisza pozwala usłyszeć dzielną pracę skrzydeł, czasem któryś z ptaków dygresyjnie kwaknie ...

Skąd wiedzą, że oto nadchodzi pora podróży? Skąd czerpią tyle spokojnej siły w drodze?  Czy  tam, dokąd lecą, czekają na nie drzewa i jeziora? Co im podpowie, że pora z nieba zejść?

W poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi, wystarczy czasem wyfrunąć od rodziców i zbudować swoje gniazdko, ot – cztery sosny dalej, albo wydrążyć własną norkę, choćby pod tamtym pniem! Niektórzy są bardziej wybredni, muszą najpierw przewietrzyć żagle i opłynąć cały świat, by wreszcie któryś port stał się domem. Bywa, że trzeba konkurencję ze stepu przegonić  , przydaje się wtedy dobra kondycja, zwłaszcza uzębienia! Są jednak na tym świecie istoty, które mają znacznie łatwiej, rodzą się w sadzawce, która jest ich domem, alkową i stołówką, a i umieranie nie wymaga szczególnej logistyki. Szczęściarze!

Mnie przypadł los nomada, takiego, co nie do końca rozumiał, że nim został! Kilka razy przenosiłam obóz, potem zbierałam nową ściółkę, pstrzyłam obejście piórkami i myślałam, że tak dobrze jest.  Bywało jednak, że tłuste króliki nagle odchodziły, wysychały oazy, obok przechodzili wędrowcy, z którymi pragnęłam iść dalej.  Nic nie poradzę  na to, że zamiast wytrwałego doświadczania dyskomfortu, wolą znosić trudy zmian i wciągać w nozdrza przerzedzony zapach nadziei.

Jakże mądre są nasze instynkty i jakże nieprzejednane! Sambora narodziny uchyliły we mnie wrota, przez które coraz większym strumieniem przedostawała się myśl o domu, pierwotne pragnienie uwicia trwałego i bezpiecznego gniazda. Stanęłam na Kole Życia, w progu pola „Dojrzałość” i odwróciłam się , by pozbierać kamyczki doświadczeń. Wzięłam w dłonie stare marzenia i przelewając je przez palce, zobaczyłam co zostaje, dodałam wschody słońca, które pragnę widzieć w przyszłości, zważyłam siłę, którą mam, by unieść to wszystko. Na końcu uplotłam z tego amulet – moją wielką czułą wizję. Wizję  DOMU!

Nie chcę żyć w regale mieszkalnym, zdana na najemne ściany, w których gwóźdź omdlewa zniechęcony wyrokiem tymczasowości, na obity kran, który częstuje mnie wodą w cenie coca coli, z zawartością escherichia coli. Nie zgadzam się na ogród w doniczce i ptaka w klatce!   

Moje miejsce na ziemi, to taka przestrzeń gościnna, co ciepłem otula serce i stopy,  urodą oczy pieści, a swoje pryszcze i ubytki w porę dyskretnie ukrywa. Czuć się w domu, to rozmaślać się w uldze, kiedy z okien pociągu widać już znajome stacje, a mijane krajobrazy obiecują wygłaskać zmęczenie.  Dobre takie terytorium, co mnie chroni i inspiruje, przyjmuje mój koloryt i odpowiada echem na śpiew,  choćby cicho, elitarnie… Niechby bociany gniazdo nad głową wić chciały, a ludzie … Wystarczy, że  rzadziej przez ramię będą spluwać!

Odkąd  na przystanku mojego życia– wysiadł pewien Wędrowiec, usypały się pozostałe ziarenka kolorowej mandali.  Zamarzył mi się nagle świat, w którym bliscy są blisko, wnuki mają dziadków, a dziadkowie dzieci.  Mój ród popadł bowiem w niekontrolowaną tradycję, wedle której pokolenia i ich odnogi rozjeżdżają się po świecie, a miłość opodatkowana jest słonym mytem na rzecz łączy kolejowych i telefonicznych.  Zabawne,  zupełnie nie wiem, jak pachnie niedzielny obiad u mamusi, a myśl, że zięć z teściem przy kieliszku płotek klepią, zatyka mi gardło drewnianym korkiem wzruszenia.

Nadszedł czas, by wyjść swojemu miejscu na spotkanie i zawiązać wiechę. Trzeba przenieść szałas, wierząc, że to ostatni raz. Nie będzie łatwo, trzeba tu jeszcze pogasić ogniska, zatrzeć ślady i pożegnać miejscowe Duchy, a na końcu pomachać stojącym na brzegu Przyjaciołom…

Po 16 latach wracam na Pomorze, do rodzinnego Sztumu. Tam przyczaimy się, by kiedyś we właściwej chwili, osiąść w leśnej wsi - Parpary. Przeprowadzkę zaplanowaliśmy na koniec października tego roku. Ptaki przed zimą umykają nad ciepłe morza, my w stronę tego chłodniejszego.

Ale podobno tam jest nasze Miejsce Na Ziemi!

czwartek, 08 września 2011
Świerkowe sanktuarium ...

Minionej soboty wybrałam się na wędrówkę do lasu, by odwiedzić jedno z ważniejszych dla mnie miejsc w okolicy, jedno z wielu osobistych Miejsc Mocy.  Droga daleka, najpierw trzeba przejść przez całe to smętne  miasteczko, potem obejść otoczone mroczną ścieżką jezioro, a po przekroczeniu bramy lasu idzie się  jeszcze wiele kilometrów leśną aleją, wiodąca czasem ciężko pod górę, czasem lekko z górki. Sam fakt różnorodności trasy, czyni z tych odwiedzin rodzaj pielgrzymki. W moim słowniku nazywa się to ostatnio „Wędrowanie po pytanie”.

Rytmiczny marsz i wysiłek otrzepują mnie z przyplątanych niepotrzebnych emocji, szorują przestrzeń w głowie i otwierają na odbiór szeptów ze świata. A piękny to świat, bo pełen subtelnego ruchu i z nikąd nienarzuconej harmonii. Świat gdzie twarde reguły życia i umierania łagodzone są chwilami ptasich śpiewów, bujającej się czupryny wrzosu, czy poddanego słońcu grzbietu jaszczurki. Po drodze gubię  płytkie priorytety minionych dni i tygodni, niedowierzając, jak mocno się mnie uczepiły. Na miejsce docieram przyodziana tylko w esencję - świetlisty program na własne życie!

Góra Gontyniec  jest najwyższym wzniesieniem w i tak mocno garbatej okolicy Chodzieży. Ja jednak tuż przed samym finałem, skręcam w swoje tajne rewiry… Po przedarciu się przez szpaler modrzewiowej straży oraz wysokie  zasieki z  dzikich traw, przed śmiałkiem, w środku Wielkopolski, rozwija się fantastyczna beskidzka panorama…

Tutaj rok temu wyśpiewałam sobie ukochanego, więc  i tym razem przyniosłam INTENCJĘ.  To dobre miejsce na składanie podziękowań, najwyraźniej również  właściwa przestrzeń, gdzie Duchowi Sprzymierzeńcy dobrze słyszą.

Wracając, raz po raz zatrzymywałam się, by przywołać Kocura Tassmana, który pozostawał w tyle, nieco już  zmęczony. Towarzyszył mi w wycieczce, zdobywając tym samym chwalebną sprawność psa-piechura!

Na szlaku mojego życia jest kilka takich zielonych sanktuariów, niektóre z nich odwiedzam regularnie, inne ugościły mnie tylko raz, pozostając  cichym, kolorowym wspomnieniem, do którego trafić ponownie nie sposób. A z resztą czy trzeba… ?


środa, 31 sierpnia 2011
O warsztatach "Duchowego Survivalu"

Duchowy Survival

Uśnice 15-17.07.2011

Głównymi tematami spotkania, w którym wzięło udział 10 uczestników z całej Polski (istoty niezwykle miłe i kolorowe!), było:

- Budowanie i rozwijanie pierwotnych więzi między Człowiekiem, a Naturą

- Koncepcja Świętego Kręgu, wg. Wizji Sun Bear'a

- Dostrzeganie w świecie Przyrody inspirujących i uniwersalnych nauk

- Poszukiwanie osobistych potencjałów (duchowych i fizycznych)

- Elementy pracy z Totemami Zwierzęcymi 

- Instynkt a intuicja

- Ceremonialne oczyszczanie ciała i ducha

 

Jedną z przewodnich myśli, były słowa Slonecznego Niedźwiedzia: "Zanim zaczniesz uzdrawiać Matkę Ziemię, pomyśl jak najpierw uzdrowić swoje Plemię, swoją Rodzinę i ... siebie".

 

Oprócz łąkowego seminarium, drobnych zadań warsztatowych oraz indywidualnego Medecin Walk, zaprosiliśmy uczestników do udziału w oczyszczającej Ceremonii Szałasu Pary oraz  subtelnie pięknej - Ceremonii Pełni Księżyca.

 

Prowadzący: Alina Michalik

Współpraca: Elke Michalik, Maciej Janowski

Na fotografii: Przed kolejnym spotkaniem w kręgu...

środa, 17 sierpnia 2011
Nasz leśno-wiejski podgladacz ;)

Ten mały Rudzielec (o ogonku białym na swoim końcu) nie mógł się powstrzymać i przez cały czas naszego obozowania (tj.jakieś 2-3 tygodnie) odwiedzał moją Rodzinę i ... Tasika, naszego kocura. Przy okazji warto wspomnieć, że Tasik jako blockers jest agresywny i demoniczny, tu na Łonie staje się absolutnym fanem wszystkiego, co dookoła, spokojnym i przymilnym. No i łatwo nawiązuje znajomości. Kot i lis obserwują się, pochodzą, ganiają wokół choinek i ścigają na łące. Najlepsze kino!

Zawsze o zmierzchu gdzieś na jednej z obozowych ścieżek, za stołem, za namiotem, przed wychodkiem, słowem wszędzie i ... prawie na raz, można spotkać lisiątko. :)

Podobno nadal wpada :)

wtorek, 26 lipca 2011
Klub 27 syndrom, nie fatum



"To było objawienie! Nikt nie zachwycił mnie tak od trzech dekad. Przed nią chyba tylko Siouxsie Sioux z zespołu Siouxsie and the Banshees. Ja nie tylko doceniałam muzykę Amy, ale pokochałam ją w całości - za to, jak się zachowywała na scenie, jak wyglądała, jaki image przybrała, nawet za te autodestrukcyjne skłonności. Pokochałam ją, choć zostawiła po sobie tak niewiele. (...) Byłam pewna, że się pozbiera, że wróci do pracy. Zrobiła nam straszne świństwo. Nienawidzę jej za to, że umarła. I zawsze będę ją kochała."

Kora Jackowska

niedziela, 05 czerwca 2011
Dialog esemes z kotem w tle

Dialog esemes z kotem w tle

 

Ona:  Hej, co porabiasz? Może skoczymy nad jeziorko? Nie siedź w domu!

Ja: Jestem daleeeko w LESIE :)

Ona: Sama???

Ja: Z Tasikiem :)

Ona: Z tą bestią?

Ja: Spoko, jest na łańcuchu i ma kaganiec :)

 




sobota, 04 czerwca 2011
Najważniejsze to mieć perspektywy :)

 04.06.2011

piątek, 03 czerwca 2011
Na turlanie ... natura!

Kupiłam sobie wczoraj tzw. ”perfum naturalny”, który jak twierdzi producent – jest … naturalny. W składzie mamy mieszankę eterycznych olejków o świeżym cytrynowym zapachu. Na etykiecie flakonika umieszczono napis „vegan”.  Lizałam - nie smakuje.

Wolę jednak perfumy z wołowiną!

 

środa, 01 czerwca 2011
Czas Dziecka

Naszym malym filozofom z okazji dnia Dziecka!

Czas Dziecka

Leżeliśmy wczoraj, rozleniwiając wieczór i rozmawiając o sobie. O sobie nawzajem. Nie wiem dlaczego w pewnym błogim stanie zaczynamy sobie opowiadać, co tam po drugiej stronie widać. Miłe rozmowy zakochanych. A zamiast  zachodu słońca i huśtawek z kwiatów – szczerość , wyrastająca dziko na czułej obserwacji, owinięta dojrzałą tolerancją dorosłych ludzi. Dorosłych … ? W naszych uśmiechach ciągle jeszcze widać dzieci, czasem rzadziej, czasem częściej...

Widziałam jego fotografie  z dzieciństwa. Najpierw zadziorny  malec z loczkami, trzymający bezwładnego misia za nogę,  potem zastygłe nad pianinem dłonie i brwi dziewięciolatka. Od czasu do czasu z albumu wypadają luźne, wciąż nie pasujące do żadnej z przegródek - odbitki nastroszonego buntem wobec świata, licealisty w glanach…

Naprzeciw siebie, widzę mężczyznę  – on kobietę.  A  więc spotykamy się  dopiero tutaj,  jako dorośli, samodzielni,  jeszcze młodzi, ale już  po przejściach, po zejściach, po studiach, z uklepanym charakterem i z pierwszym siwym włosem…    Dołączyliśmy do siebie niedawno, na pewnym odcinku drogi, za każdym z nas rozległa mapa życia, nasze wspomnienia, nasze dzieciństwo, my.

Przecież nie jestem innym człowiekiem, niż byłam nim jako dziecko. Może większa, sprytniejsza, śmielsza, może więcej rozumiem, umiem, mogę. Między mną, a tą małą Dziewczynką wciąż biegnie nić. Ta nić,  to ja sama, moja historia – a dopóki żyję, łączy mnie z moją przeszłością i … dzieckiem, którym byłam i którym być nie przestałam. 

Dzisiaj jestem Matką swojego Syna.  Pięcioletni Sambor nie dzieli swojego życia na okresy, kiedy był „noworodkiem”,  „niemowlęciem”, nie liczy od kiedy stał się „przedszkolakiem”. Są doświadczenia i uczucia, te które pamięta – trwają nadal w nim, te o których zapomniał, czasem pamiętam ja. Ale dla niego to jednak tylko opowiedziana  historia…

Mały chłopiec  powoli rozumie, że kiedyś dorośnie i będzie miał na piersiach włosy – ale wygląda na to, że najbardziej ufa temu dziecku, które widzi dzisiaj w lustrze! Sambora złoszczą nasze uwagi, że „jutro” to przyszłość, a „wczoraj” określa czas miniony. Jego czas ma rozpiętość o wiele większą, to czas jego wyobraźni! Czasem chwali się: "Kiedyś, jak byłem duży, też chodziłem do szkoły!". Mój Syn długo nie akceptował wersji, iż kiedy mama była dzieckiem, jego po prostu „nie było”. Wreszcie odpowiedź znaleźliśmy wspólnie: skoro nie było go tutaj, pewnie był w kosmosie!

Sambor pięknie pyta, o przemianę pokoleń, o starość i śmierć. Wciąż jednak coś mu nie pasuje, bo skoro dziadkowie odejdą, dorośli staną się dziadkami, a dzieci zajmą miejsca dorosłych – to kto się będzie bawił? On przecież dzieci mieć nie będzie! Jak??? Przecież jest jeszcze DZIECKIEM! 

środa, 13 kwietnia 2011
Szamanizm pilnie potrzebny!

Jak trwoga to do Boga –mówi przysłowie, służące najczęściej niezbyt serdecznemu określaniu tych, co nawrócili się  pod wpływem dramatycznych wydarzeń, a teraz, będąc w pilnej potrzebie, powracają na odepchnięte wcześniej łono bozi, byłej żony, zaniedbanego  przyjaciela…

Nie przepadam ani za samym wyrokiem, ani za kontekstem, w którym to powiedzenie najczęściej kursuje. A to dlatego, że spoglądając na zjawisko z innej perspektywy, można dopatrzyć się  czegoś naprawdę ważnego…

Mój niemiecki Dziadek, to okaz rzadkiej niezłomności ciała i ducha. Zapracować – nie dostać, dojść – zamiast dać się podwieźć, dźwignąć – nie fatygować innych, nie pojawić się  na urodzinach znajomej –  to lepiej niż odpowiadać na jej nachalne pytania, hodować własne ziemniaki – bo swoje, to swoje i już! Inżynier elektryk, maratończyk, narciarz, złota rączka, sadystyczny nauczyciel pływania (Mamo, dałaś radę!), w swojej Skodzie zamęczył ze trzy skrzynie biegów, ale jak się głuchnie, to się nie słyszy, a prawnuka w Polsce odwiedzić trzeba! 

Jako mąż Babci (tej Babci!) - oaza spokoju albo … konformista. Darujmy mu, po ciężkim głodnym dzieciństwie, wojnie i 5 latach jugosłowiańskiej niewoli, można nie mieć  ochoty na egzorcyzmy.  

Miłośnik rodzimej przyrody i  gór (żadnych pustyń!) Na pamięć zna całe metry cytatów z Goethego i Schillera. Lubię wspominać Dziadka umykającego niepostrzeżenie w lekturę  albo poobiednią drzemkę. Jeszcze rozkoszniej  odtworzyć w pamięci widok, kiedy osłonięty słomkowym kapeluszem, w krótkich dżinsowych spodenkach podlewa kwiaty i pomidory w swoim bajkowym ogrodzie .

Zawsze ożywiał się oglądając w telewizji relacje ze spotkań piłkarskich, a dobry kabaret albo polityczna dysputa, wraz z podsuniętym ukradkiem koniakiem nabłyszczały mu oczy i odsłaniały kilka srebrnych zębów po bokach. Raz po raz nachodzą go wspomnienia z młodości w rodzinnym Klingetahl,  opowiada o wojnie i o tym, jaki według jego dobrych komunistycznych  przekonań  ten świat być powinien  ...

W naszej rodzinie mówiło się, że Opa jest ateistą. Tymczasem na stare lata został entuzjastą teorii i literatury Daenikena. Podobno wszystko tam pasuje!

Na początku czerwca ubiegłego roku Dziadek miał wylew. Przez pierwszych parę dni nikt nie wiedział, czy uda mu się poruszyć choćby palcem, na chwilę utracił wszystkie ważniejsze funkcje życiowe , było źle. Misternie ułożony światek  dwojga starych ludzi, samodzielnych czasem do granic groteski, osunął się i skurczył , jak topniejący bałwan .

Babcia, czuwająca wówczas przy łóżku Dziadka relacjonowała, że kiedy tylko po kilku dniach otworzył oczy i dał wyraz odzyskiwanej świadomości, w sposób, który za pewne zrozumieć mogła tylko ona – poprosił o BURSZTYN. Ten duży, nieoszlifowany kawałek bursztynu, który wiele lat temu kupili razem w Sopocie… Prosił by kłaść mu kamień na piersi, albo obok, gdzieś blisko. Dziadek miał też wtedy powiedzieć, że modli się do boga, aby ten znowu go ocalił.

Znowu? Zawsze go przecież ratował i chronił, było tak wtedy kiedy karabin wycelowany w jego głowę  zastrzelił niespodziewanie  żołnierza obok, i wtedy kiedy zjeżdżając na nartach ze stromego stoku zatrzymał się na drzewie, a gałęzie otworzyły mu brzuch, a także wtedy kiedy przed laty zawał serca nie zabrał go na tamta stronę…

Dziadek zdawał się powoływać na dobrze skrywaną zażyłość, o której dotąd nie mieliśmy pojęcia.

Dla mnie i Mamy nie znalazłaby się  w końcu lepsza okazja, by porozkładać przed nim nasze uczucia, podziękować za rzeczy ważne i dobre, wyartykułować  to, co zawsze było oczywiste, a nigdy nie wypowiedziane. A było to miesiąc później…

Zobaczyłyśmy wtedy Dziadka bezbronnym dzieckiem, ufającego naszym silnym ramionom, które jego ciału przywracały pion na zadartej poduszce. Mały Prawnuk pytał z przejęciem o każdą rurkę  i plaster, dociekał po co i dlaczego. Do dzisiaj pyta, ale już  rozumie więcej.

Dziadek poprosił o BURSZTYN. Chwycił go drżącą, ale coraz sprawniejszą prawą dłonią, obrócił parę razy. Potem przyłożył do wyschniętej szyi, znowu podniósł, zatoczył koło ponad grdyką, podobnie zaczynił nad sercem i pęcherzem. Jeszcze natarł nim zwiędłe przedramię i dłoń lewej strony, po czym z wyraźną ulgą umościł bursztyn na swej umęczonej i wciąż na wpół śpiącej krtani. Oniemiałyśmy. Podobny rytuał widywałyśmy przez kolejne dni naszych odwiedzin.

Po powrocie do Polski, nie mogłam się powstrzymać, w swoich mądrych księgach sprawdziłam działanie bursztynu – okazuje się, że Dziadek używał kamienia dokładnie tam, gdzie potrzebował i gdzie bursztyn pomaga najskuteczniej!

Pod koniec lata Opa wrócił do domu. Trochę nieporadny, zdany na Babcię, ale jednak samodzielny w tym, co jak sam mówi, utrzymuje godność jego życia. Chodzi. Krótkie odcinki pokonuje bez wózka. Rehabilitantka zadowolona. Lewa ręka nadal śpi. Czasem chciałby już odejść, ale widocznie bóg  mojego Dziadka ma inny pomysł…

 

Agata i Gustaw nie widzieli dotąd potrzeby wicia własnego gniazda, dobrze im się tak żyło, na kocią łapę, z kotami, na kocich zasadach. Ale kiedy dowiedzieli się że wynajmowane przez nich i jeszcze parę osób mieszkanie w pewnej …  jakby to ująć … interesującej poznańskiej kamienicy (i dzielnicy!) podrożeje dwukrotnie, wybrali drogę kredytu. Jak wiemy, kredyty w naszym kraju spłaca się  dłużej, niż grzechy młodości, a procedury ich zaciągania pokrętniejsze są niż niejeden geszefcik z mafią – decyzja nie była łatwa.

Upolowali jednak lokal i podpisali cyrograf. Dusze sprzedane! Zaplanowali skromny remont. Dobrze że wtedy jeszcze nie wiedzieli, że zdrapanie pierwszej warstwy odsłoni całkowicie gratisowo obraz bitwy pod Grunwaldem (w tym tygodniu ma się okazać, czy wygranej!).

Wiedzieli jednak, że w domu są karaluchy, a nad nimi ich królowa – Wielka Stara Karaluchowa! Do teraz nie wiem, na ile postać matki byłej właścicielki i wielkiej samicy Karalucha, to scalona  traumatyczna wizja niedospanej Agaty, a na ile Babcia ta naprawdę posiadała moc przybierania postaci ohydnego owada i zamierzała kontrolować sytuację, nawet po podpisaniu umowy kupna i sprzedaży.

W każdym razie jakiś tydzień temu miałam pilnie poradzić Przyjaciołom, jak odczynić mieszkanie, aby żaden duch przeszłości nie śmiał się tam więcej zabłąkać.

Niedawno Agata zadzwoniła i zdała relację z zabiegów. Zanim na dobre zaczęli okadzać pomieszczenia, Agata zgodnie z wytycznymi pootwierała wszystkie okna, co stało się przyczyną ostrego spięcia między parą, gdyż przeciąg nabrał rozmachu tornada i o mało nie rozbijając wszystkich okien („wietrzenie dobre, a solidny przeciąg jeszcze lepszy!” - kwiczałam w duchu z zadowolenia).

Mistrzem ceremonii, jak się okazało, został Gustaw. A to ciekawe, pomyślałam. Widocznie jednak jego stateczny i twardo stąpający po ziemi … duch, czuł się w obowiązku dopilnować, by oczyszczanie przestrzeni dokonało się w sposób rzetelny.  Para przegoniła niechciane istoty duchowe, napełniając nowy dom swoimi sprzymierzeńcami i zapachem palonej szałwii. Byli zadowoleni! Precz karaluchom! Tfu, tfu!

Tymczasem dalsza część obrzędów miała się dopiero rozpocząć. Tego samego wieczora, w starym mieszkaniu,  odwiedził ich dawno niewidziany Przyjaciel. Od słówka, do słówka, od kufla do kieliszka –  narodziła się jakaś okrutna biba!

Gustaw, nie bez sensacji, poległ pierwszy. Agata, jak sama mówi, niewiele pamięta, oprócz tego, że dialogi prowadziły się zawile i fantazyjnie, a na koniec struła się niczym podlotka na osiemnastce, było … co tu kryć, dekadencko! „Jacy my byliśmy chorzy! Wiesz, następnego dnia pod wieczór, kiedy ustąpiły torsje , dotarło do mnie, że dopiero teraz to się solidnie OCZYŚCIŁO!  Mówię Ci, to było coś!!!” .

Wygląda na to, że dopełnienie rytuału, nastąpiło w tym właśnie momencie. Zakropienie znane jest przecież niejednemu ludowi, co duchy złe odczynia. A że przy okazji  prania, przewirowało żołądki moich Przyjaciół …  Myślę, że będzie im się dobrze mieszkało!

 

Potrzeba rytuału i wiara w jego moc, to być może najstarsza z cech, wspólna dla wszystkich ludzi, bez względu na szerokość geograficzną i czasy w których żyjemy.  

Każdy z nas ma w sobie ogromne pokłady intuicji, która budzi się, kiedy tylko otworzymy się na jej podszepty.  Nasza wewnętrzna wiedza pozwala nam w trudnych, przełomowych  chwilach, stać się na chwilę szamanem, który wracając z drugiego świata, otrzymuje dostęp do swoich osobistych lekarstw i sprzymierzeńców.

Nagle umiemy wizualizować problem, odnaleźć własną ceremonię, nadać ważność pojedynczym gestom … 

Pilna potrzeba może stać się katalizatorem w kontaktach człowieka ze światem duchowym, tym ujętym w ramach religii, albo tym, który staje się wiarą w bliżej nieokreślone siły sprawcze.

W ważnych chwilach pragniemy oczyszczenia, rytualnego obmycia naszych myśli, ciał i relacji. Nie wypada tego lekceważyć, ani u innych, ani u siebie …

 

poniedziałek, 21 marca 2011
Pierwszy dzień Wiosny!

Pełny Księżyc, w tych dniach najbliższy Ziemi, rozjaśniał granat nieba i zachęcał tłumy niewidzialnych ptaków do  nieustającej gadaniny nad tonią czarnego jeziora.
A ja głaskałam Jego ramiona i podbródek najpierw z wdzięczności dla ich istnienia, a potem z apetytu na całą ich miękkość i twardość.

Przebudzona do nowego tygodnia, powitałam najsłoneczniejszy od miesięcy poranek. Papieros bardziej dla Stwórcy, niż  dla mnie  pozwolił zatrzymać się na chwilę nad subtelną miłością świata do samego siebie. Wodne bractwo skrzydlate  powróciło nad stawy i czesze powoli chłodne jeszcze woale powietrza.  Na wielkiej wierzbie przysiadła gołębica, ta sama, która w zeszłym roku uwiła tutaj gniazdo ze swoim ukochanym. Gniazdo czekało na nich, mimo wiatrów i śniegów.  

Synek z  resztkami łez na  rzęsach czekał na ten uścisk małego wybaczenia. Odwzajemnił się wielką ulgą, taką którą tylko dzieci potrafią sobą malować , pocałował mnie w dłoń …

Milczę . Wiosna czule dmucha życiu w twarz i budzi je ze snu. Zapachniało świeżą ziemią. Dobrze mi.

środa, 02 marca 2011
Odwiedziny

Wyszłam z biura. Spod wiaty dla palących, ruszyłam dalej w kierunku pól, pośród których ciągnie się ogrodzenie zakładowych włości. Panująca wokół cisza i wiosenne słońce, zdawały się wysysać  z mojej głowy niezdefiniowany ból, a chłodne powietrze otrzeźwiło  zahipnotyzowane komputerem oczy. Na moment przynajmniej. Każdego dnia coraz trudniej mi odsiadywać  kolejne godziny w fabrycznym biurze bez okna, bez powietrza, bez sensu.

Wchodzę w pole i w skrzypiącym śniegu wydeptuję sobie mały postojowy placyk, platformę  do pogańskiej modlitwy. Wiosna uśmiecha się jak Mona Lisa drobinkami ptasiego szczebiotu. Zewsząd dobiegają melodie, odbijając się raz po raz od mroźnej ciszy. Spostrzegam nieopodal całkiem liczne stadko kolorowych ptaszków. Unoszą się na chwilę, wystraszone moim ruchem, po czym znowu opadają i zawzięcie wydziobują coś spomiędzy pojedynczych kępek suchych traw. Gawędzą przy tym piskliwie i wiercą kuperkami, jakby nie wiem, jaki rarytas tam znalazły. Gdybym tylko mogła stać się jednym z Was! Pozwólcie, choć na chwilkę, podziobać sobie z wami, podreptać troszkę, poćwierkać bliżej, poocierać się o wasze miękkie brzuszki… Tylko chwilkę!

Jeszcze ostatni wdech i zmrużenie oczu na błękicie. Czas wracać. Już czas! No już! Naciągam kaptur i struta maszeruję w kierunku placu dla ciężarówek…  

wtorek, 01 marca 2011
Zaufanie

Czasem przypominam sobie, że warto ponad wszystko zachować wierność sobie, być sobie lojalną, jak stary ślepy pies. Choćby bezkrytycznie, histerycznie i dla świata niepojęcie - muszę sobie ufać.

Złapać siebie można, o paradoksie, kiedy ze szczęścia już nawet zimowe buty nic nie ważą, albo kiedy jest się rannym. Takim rannym wieczornym, na noszach swojej złości i niewytłumaczalnego dla rozsądku normalnych, smutku ...

Mogę przeprosić  za odłamki, mogę pobiec, zapobiec, przewietrzyć - mogę się rozebrać znowu i zanurzyć na oczach świadka. Tylko w co miałabym się potem przyodziać? W to samo potargane giezło, a może słodki kostium zapomnienia? Zapomnienia i ciągłego pamiętania - że się nie wyjaśniło, co się  zaplątało.

Jest zapewne taki kierunek w moich żyłach, który hamakiem otula ten mięsień i maluje mi na policzkach rumieńce ... To rumieńce pokoju we mnie zakochanych.

czwartek, 24 lutego 2011
Poranne wiadomości

Spokojny poranek. Maszeruję do pracy , nawet -25 stopni Celsjusza nie zakłóca wewnętrznej ciszy i oczekiwania na nowy dzień.  Pięknie świeci słońce.
Zaparzyłam sobie kawę, na talerzyku ułożyłam ciastko z kremem. Szybko uruchamiam serwis internetowy, żeby dowiedzieć się, co przyniosła w Libii noc. Smutno myśleć o tych, którzy z stamtąd uciekają,  o tych którzy uciec by chcieli, i o tych którzy zostają...

Ile razy jeszcze historia świata zanotuje wymazywanie niesfornego narodu? Ilu psychologów przetrawi na nowo gen ludzkiego okrucieństwa?

Zmieniają się tylko fryzury oprawców...

Wzrusza chleb na ulicach i zawracanie po kulejących . Złoszczą panowie w belwederach, chowający się za przepisami i mapą układów.

A chaos rozłazi się wirusem dokąd tylko zdoła.

Od wolania o pomoc dzieli nas tylko odległość. Jeśli go nie usłyszymy, rozdzieli nas czas.

Odechciało mi się śniadania.    

A tymczasem gdzieś na drugim końcu świata zatańczył niebezpiecznie Żywioł. Wszystkie istoty próbują pomóc sobie nawzajem, by nie uronić zdrowia, złapać życie, przetrwać...

Gdzieś całkiem w pobliżu, ojciec uszczelnia okna i wrzuca do pieca większą porcję miału, matka stawia na stole ciepłą gorzką herbatę – niech się dzieciaki rozgrzeją przed szkołą…

Tam w ośnieżonym zagajniku, lis znowu czyści pysk, rozsmakowując się w aromacie porannej nornicy. Miał szczęście! Dobrze że się krewni nie zleźli.

Chmara wróbli rozćwierkała suchy zimowy krzew. A co tam, dzisiaj i tak żarcia nie będzie!

środa, 23 lutego 2011
Czas na miłość

Miłość można sobie wymodlić. Stanąć naprzeciw horyzontu i powiedzieć głośno, czego się pragnie.

 Można ofiarować pieśń, śpiewać ją raz po raz, najpiękniej jak się potrafi. Tak aby ktoś  tam daleko usłyszał melodię.

 Miłość można sobie wytańczyć, najlepiej tę, którą sami chcemy dać.

 Miłość można sobie wywróżyć, nic nie poradzisz, jeśli przepowiednia się spełnia.

 Można otworzyć swoje umyte czujne serce i cierpliwie czekać na wędrowca. 

Marka poznałam po oczach i kształcie nosa. Zaczytując się w poezji jego dziennika, zastanawiałam się czy aby nie jest zbyt smutny i czy umie naprawić kran.

Na początku była INSPIRACJA. Dynamiczna, otwarta, pracowita i owocna. Potem chciałam, żeby zadzwonił znów. Żeby mnie zagadał, zatrajkotał, zaciekawił i … wysłuchał.

Nasza WYMIANA zaczęła się  pewnego jesiennego popołudnia, wędrowaliśmy na tamto wzgórze, gdzie niedawno ŚPIEWAŁAM. Kiedy schodziliśmy z pagórków, świecił pełny Księżyc. Chłopak zawodził ukraińskim śpiewem, a dziewczyna zaczerpnęła z Indian. Podobno jeszcze wtedy nie wiedział. A ja tak!

Nazajutrz miał wyjechać, został.

Marek umie naprawiać kran, potrafi też spawać i gotować.

Wie, że nie znoszę  zgłębiać przepisów kulinarnych. Ja ograniczam pozostawianie wszędzie używanych chusteczek higienicznych, leżą już tylko gdzieniegdzie.

Nie jest smutny. Lubię  kiedy wydziera się pod „Zielone  Żabki” i rży na głupich komediach „dla chłopców”.

Słucha mojej twarzy i rąk. Czuje, kiedy ukrywam, co czuję. Kiedy jemu drży  środek, mnie też drży. Niestety . Na szczęście. Czasem gubimy się w tym, komu zadrżało najpierw.

Rozumiem Teatr. Ten, o którym on mówi - tak.

Łączy nas rewolucja i miłość do drzew, on bywa anarchokolektywistą, ja hippiską.

Dla pobudzenia krążenia, rozważamy czasem surwiwalowy wariant w razie  ekologicznej traumy, ekonomicznego krachu, albo uderzenia planetoidy. Mój Brat mówi, że jesteśmy świśnięci. Nie należy mu jednak wierzyć gdyż  sam chce zostać  doktorem od meksykańskich czarownic!

Sambor kocha Wujka. A Wujek Sambora. Wydaje mi się, że są sobie potrzebni.

Marek pozwolił mi zdjąć spodnie. Podobno najładniej mi w sukienkach!

Zapytałam go kiedyś „Skąd Ty się wziąłeś?”.
"Z  teatru snów ..."  odpowiedział. 

Raport odtłuszczony

Miniony rok to czas, kiedy zaczęłam oglądać  świat z perspektywy IV pietra (i póki co, nadal tak mogę). Całościowy i zdystansowany ogląd sprawy przeniósł się również symbolicznie na mój sposób myślenia w tamtym okresie.
Mam wrażenie, że nowy rozdział, piszący się wraz z nastaniem wiosny, przywrócił we mnie to, co dzieciństwo i młodość ze sobą niosą: budowanie, zbieranie doświadczeń, poprzeplatane  odrobiną zabawy …
Podstawowym wyzwaniem okazało się umoszczenie mojego Syna i siebie samej w nowej sytuacji. Ulgę przynosiło mi oglądanie Sambora coraz spokojniejszym i uśmiechniętym. Dzieci bowiem wcale nie są szczęśliwe z rodzicami, których dzieli coraz mocniej naprężony elektryczny pastuch. Nawet jeśli tęsknią…
Zabierałam Sambora na rowerowe wycieczki, zażywaliśmy jeziornych kąpieli, wynudziłam parę ławek przy lokalnych piaskownicach.

Wolne dni przydarzały mi się, kiedy Sambor odwiedzał swojego tatę. Najczęściej przeznaczałam ten czas na samotne maratony terenowe, a wieczorami rozwijałam się towarzysko. Czasem wałęsałam się z przyjaciółkami po lokalnych  tancbudach, odświeżając choreografię do muzyki nieambitnej, aczkolwiek niezwykle rozrywkowej!

Lato przyniosło parę pięknych przygód o charakterze turystyczno – kulturalnym. Z parą Przyjaciół i Samborem odwiedziliśmy zaszyte gdzieś w Drawieńskim Parku Narodowym gospodarstwo znajomych artystów. Przez kilka dni zażywaliśmy  otoczenia lasów, łąk i … kóz.

Potem, kiedy Synek cieszył się swoimi Dziadkami, a oni nim – ja cieszyłam się  wibracjami żywych  Pearl Jam i Tinariwen w Gdyni.
Zdarzyły się sentymentalne spotkania w Sztumie i kilkudniowy słodki survival na uśnickiej łące. Cóż  to było za pyszne traperstwo! Jak zawsze. Lasek tylko bujniejszy i sadzawka jakby głębsza. Sambor pomagał mi zbierać chrust na ognisko, nauczył się korzystać z polowej umywalni (trzy wiadra, deska i ręcznik na kiju), a ostatniego dnia przetrwał w namiocie spektakularną burzę, nie zauważając nawet że jego mamusia zaliczała właśnie swoją pierwszą w życiu piorunową  paranoję.

W sierpniu, pod surową opieką PKP, poturlałam się jeszcze do Krakowa, a dalej w Beskidy. Ciekawe, że charakterystyczny mocznikowy smród polskich kolei, oprócz obrzydzenia rodzi w moim mózgu inną silną asocjację:  „przygoda”!
Uczestnictwo w warsztatach Roberta Palusińskiego i praktyczne smakowanie technik Psychologii Zorientowanej na Proces pozwoliło mi ugruntować w sobie pokłady, po które dotąd sięgałam intuicyjnie, nie zawsze pewna właściwego kierunku i skuteczności swoich działań. Uspokoiłam się,  czasem wystarczy tylko złapać właściwą myśl i pozwolić jej na swobodny lot, nie wyciskając z niej rozwiązań i logicznych konkluzji.
Duchy gór sprzyjały pięknym wizjom i bardzo osobistym doświadczeniom.
A i przygód parę było… Ale te spiszę za kilkadziesiąt lat, kiedy nabiorą barw i wątków.

Pod koniec lata zaprosiliśmy do naszego domowego kręgu małego czarnego kocura, który otrzymał imiona Tassman - Malik. Duet Sambora i Tasika, to jak się  szybko okazało, interakcja, pełna miłości i dynamiki (skutków nie sposób przeoczyć, więcej sprzątam, gorzej śpię).


Wraz z pierwszymi żółknącymi liśćmi wyciszyłam się, coś we mnie dojrzało  i poukładało się. Zaczęłam rozmyślać, jakby to było móc dzielić się tym wszystkim, i dostawać tyle samo. Poprawiłam spódnicę  i okulary. Postanowiłam poinformować Wszechświat o tęsknocie … 

wtorek, 22 lutego 2011
Epilogia

Powoli coraz częściej męczy mnie potrzeba edycji paru danych zamieszczonych na ostatniej zakładce witryny. Tym bardziej, że to nie zwykła „edycja danych”, a tak naprawdę symboliczne odcięcie kolejnego sznurka łączącego mnie z minionym etapem życia…   

Pod koniec marca minie rok, odkąd moje drogi z Pawłem definitywnie się rozeszły. Tej decyzji nie żałuję, była tak samo naturalna, co rozsądna.

Trudniej zniosłam fakt, że  domek z ogródkiem, na zaspanej ulicy Chopina, przestał być moim małym miejscem mocy. Nie mogę już tak po prostu otworzyć drzwi i wypuścić Syna w bezpieczny kokon zieleni, nie mogę  zimą naciągnąć płaszcza na piżamę i wymknąć się na pogaduszki z Księżycem…
Wspomnienia przyklejone do tamtejszych ścian, drzew, rabatek, paleniska po ognisku  i malunków na murze - z czasem zwietrzeją i nasiąkną historią nowych gospodarzy. Ptaki, które zatrzymywały się na orzechu i brzoskwini – nadal pewnie tam siadują, stara jabłoń znowu zakwitnie wiosną, a winorośl obudzi się jak zawsze ostatnia!

Dla naszych kotów chcieliśmy jak najlepiej. Nie mogłam jednak żadnego z nich uwięzić w bloku, zostały więc u Pawla, który mieszkając teraz z Matką, mógł dać im lepsze warunki, w postaci łysawego ogródka, w sąsiedztwie innych  ujarzmionych po mieszczańsku obejść. Swoich futrzastych Przyjaciół odwiedzałam przy okazji wizyt Sambora u taty, przynosiłam im smakołyki. Tęskniłam.

Leon od początku nie pogodził się z nową sytuacją, przez całe lato, przemierzając sobie tylko znanym szlakiem całe miasto, powracał tam, gdzie było jego miejsce. Paweł raz po raz odławiał go pośród starych kątów i sprowadzał spowrotem do siebie. Kocur cieszył się ze spotkania, tulił i burczał, po trzech dniach zew znowu go budził.

Bromba, eksplorując nowe przestrzenie, w figlarności swojej nie dostrzegła wrogości pobliskiej ulicy. Odeszła w czerwcu, zostawiając mi dziesiątki uśmiechów, skropionych głupimi łzami. 

Yoko, najlepszy łowca i tropiciel, jakiego znałam – zaaklimatyzowała się. Ostatnio przeistoczyła się  w wyciszonego  pulpeta.  Chyba jest jej dobrze.

Na początku jesieni widziałam Leona po raz ostatni.  Dawni sąsiedzi mówią, że czasem go widują, dokarmiają, ale stroni od obcych. Wybrał wolność i swoje miejsce…

Miesiąc temu po pięciu latach obżarstwa i weloństwa zgasła nam Złota Rybka. Ostatni spływ urządziliśmy jej w pobliskiej rzeczce…

Nasze zwierzęce  stadko, mimo najcieplejszych intencji, rozpadło się, zamykając na zawsze pewien rozdział…

piątek, 05 listopada 2010
Listopadowy wiatr ...

Listopadowy wiatr pozrywał już prawie wszystkie liście z drzew. Tam, gdzie dotąd rozlewał się zielony dywan soczystych chwastów, teraz rozprzestrzeniają się wypalone chłodem łyse  placki błota, a pożółkłe resztki lokalnej flory drżą niczym cherlawe karły. Niektóre z roślin zasypiają, inne umierają na zawsze – pozostawiając w ziemi dojrzewające do wiosny następstwo. Kruki meandrują po niebie, coraz bardziej zmagając się z kapryśnymi masami wilgotnego powietrza. Gdzieniegdzie, między gęstym czopem z mgły i chmur przedzierają się resztki słonecznej poświaty, przypominając mi o istnieniu tej gwiezdnej rzeczywistości, która jeszcze przez kilka miesięcy będzie schowana, dostępna tylko dla tych, którzy wierzą, że tam jest.
Nadchodzi czas Mudjekeewisa, Niedźwiedzia, który powoli wkracza do swojej jaskini, by tam śnić i uzdrawiać swoje pracowite ciało. Wślizgujemy się w czas zacisznych myśli, wypiekania podsumowań, haftowania minionych doświadczeń i suszenia leczniczych refleksji. Posłuchamy legend z ust kamieni i nauki nagich gałęzi.
Będziemy świętować popołudnia gorącym winem i pleść wiersze o słodkich plonach. Do pieca nakładziemy brzozowych polan, aby w ogniu ogrzać dłonie, które nocą uśpią dzieci, a kochankom obudzą usta!

Kot burczy jesienną mantrę i otula futrem świat…

poniedziałek, 25 października 2010
Rozmowa

Przyroda do nas mówi, przecież to takie oczywiste! Dla niewidomego cyborga  -  wielka przesada, a dla cywilizowanego romantyka – najwyżej urocza metafora.
Ale dla nas, miłośników tego dialogu i wciąż jeszcze nieprzegonionych ssaków swojej Mamy – to pełen kontakt z tym co w naszej egzystencji najprawdziwsze, to wiara w życie i śmierć, w duchy i w siebie…

Matka Ziemia przemawia całym bogactwem swojego wyrazu, w setkach narzeczy, opowiada ciałem i z ciała, wszystkimi swoimi kolorami, kształtami, w każdym stanie swojego skupienia, informacje pulsują synchronicznie i chaotycznie…Na każdym poziomie naszej ludzkiej percepcji możemy złowić sygnał, dostać w prezencie krótką wiadomość i zachwiać się pod ciężarem sagi. Jest szept i wrzawa, są zapachy i smrody ostrzegawcze. Ziemia nie stroi się w szaty, które nie byłyby szczere. Stając się świadkiem i uczestnikiem cyklów życia na naszej Planecie, dostajemy bilet na udziału w niezwykłym misterium. Widzimy przemiany pór roku, tańce Żywiołów, a ponad to wszystko codzienną egzystencjonalną krzątaninę gatunków. Świat roślin i zwierząt doskonale umie odczytywać przydatne dla swojego istnienia informacje z Ziemi, samemu będąc jednocześnie odwieczną częścią tych sygnałów.

Człowiek żyjący w bliskim kontakcie z Naturą (co szczególnie widoczne jest w nielicznych, jeszcze istniejących kulturach pierwotnych), traktuje miejsce i istoty je zamieszkujące, jako nauczyciela i sprzymierzeńca. Zjawiska zachodzące w świecie Przyrody nabierają symbolicznych znaczeń,  współtworząc barwną kosmologię oraz punkt odniesienia dla tradycji.

Matka Ziemia obdarowana odpowiednią uwagą, odwzajemnia się bogatymi i mądrymi odpowiedziami na nasze pytania, leczy zaśmiecone zakamarki umysłu, przywraca do równowagi pierwotne instynkty, przypominając o naszym miejscu i roli we Wszechświecie, dokądkolwiek nie sięgałyby jego granice. Kiedy tylko na to pozwolimy, Natura zaczyna flirtować z naszą podświadomością, albo … podświadomość z nią.

Tak, czy inaczej - trzeba przyznać, że to najczęściej bardzo owocny romans:)!

wtorek, 19 października 2010
Będę

Odkąd pamiętam miewam czasem takie chwile, kiedy czuję się jak ptak, który o poranku rozpoczyna swój radosny hejnał na chwałę świata i nagle zostaje ugodzony z procy, zanim w ogóle zdąży wspiąć się na ostatnia strofę.

Wszystko czym się właśnie zachwycam, zachłystuję, co mnie truje i podgryza, pragnie wydostać się poza bryłę mojego ciała i umysłu. Oczami rozpylam pierwsze objawy, potem wypycham je z krtani, aby w końcu wyznać się cała każdym najmniejszym porem w skórze. Jestem falą, która rozpędzona mnoży to, czego ma w nadmiarze, rozpływa się, chwali, upewnia i potwierdza. Lubię przeglądać się w zwierciadle Wszechświata z tym pięknem, którego dotykam, oszaleć choć na chwilę dla istoty, która mnie rozczula. A to co bolesne, twarde i w kanciastości swojej niewygodne – rozpuszczam w powietrzu albo zmywam deszczem spod spojówek. Widowiskowe stosy też się zdarzają...

Lasy i morza potrafią to przyjąć. Ludzie nie zawsze. Jakże toksyczna bywa mi przestrzeń, w której naturalne strumienie emocji podlegają ocenie, dopchnięte kolanem do pojemnej szuflady z nalepką „Niedojrzałe / Niedorzeczne / Naiwne”.

Uwielbiam swój Sen, w którym każdy obraz ma sens, każdy ruch jest kierunkiem, słodki dźwięk pieśnią, a miejsce opowieścią. Lubię tworzyć swoje symbole, zdarzenia obracać w  mity, a istotom nieboskim nadawać wieńce herosów. I tak bardzo się kulę i wstydzę, kiedy wychodząc z tego przeklętego stawu ekshibicjonizmu spostrzegam, że ktoś właśnie skradł mi ubranie. Próbuję odzyskać mierzoną prześmiewczo sukienkę i pozrywane z majtek truskawki, aby w końcu zamknąć się w zbroi i znowu spróbować się w niej zmieścić. Ekstrawertyczny desperado!

Ale to mija, odpływa, cichnie …Jakże szybko wierzę znowu, że to część mojej Drogi, a w moim horoskopie jest tyle samo miejsca dla Ważki, jak i dla Kozy. Nie pozwolę uleczyć się ze swoich iluzji, bo śmiem sama wyznaczać ich granice. Jedni smakują, innym wystarczy relacja ze smaku. Jedni żałują, inni się uczą.

I znowu upojona różowym winem rozbieram się na granicy obsceny, by odtańczyć taniec brzucha. Przecież w swetrze biust zginie, a w spodniach biodrom za ciasno…
Będę tańczyć napotnie i śpiewać z patosem, będę też czasem płakać i nauczać potem jak po burzy pięknie pachnie ziemia…

czwartek, 14 października 2010
Autumn leaves ...

Śpiewa mi w uszach słodki płacz Beth Gibbons, jedna z najpiękniejszych piosenek :

Sand River

Autumn leaves
Beauty's got a hold on me
Autumn leaves
Pretty as can be

Everybody knows this time
Shadows are drifting in silence
Where lost can't be found
Everybody knows this time

We'll get by
Move it on let fate decide
Everybody knows this town
Shadows that drift in silence
Where lost can be found
Everybody knows this town

You'll get by
Move it on and let faith decide
And those water-coloured memories
Soft as a summer's breeze
You're as pretty as can be

Knowing now you'll never fake it
Whether my oceans divide
I'll try to understand this
But everybody knows this time

Autumn leaves
Beauty's got a hold on me
Autumn leaves
Pretty as can be

Everyone can see
Everyone except me

Autumn leaves
Beauty's got a hold on me
Autumn leaves
Pretty as can be
Pretty as can be

piątek, 08 października 2010
Horyzont w rozbudowie

Dzisiaj stał tam wózek widłowy. I znowu reprymenda;-P A że zrobiłam to z rzęsami, to mi pan w ramach optymalizacji widoku i ogólnej sympatii chyba postanowił usunąć całe piętro palet stojących na prawym skrzydle horyzontu. Uwijał się, jak Bob Budowniczy, tak że w dwie minuty dzięki wielkiej szczerbie mogłam podziwiać żółte kwiatki w oddali. Pan wysiadł z widłaka i zadowolony posłał mi jeszcze ukłon w stylu Markiza de Bourbon.

Hihi, świat jest jednak piękny, ludzie kochani, a ja bywam księżniczką!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10