ukazuje się od 2005 roku
poniedziałek, 03 października 2011
Miejsce na Ziemi ...

Miejsce na Ziemi

 

Dzikie kaczki odlatują sunąc po niebie, niczym sznury czarnych koralików.  Lekkie, jak nić babiego lata i jednocześnie zwarte w równomiernym szyku, tworzą strzały wysłane do miejsca, w którym będzie im lepiej. Właśnie w podniebnej choreografii płynnie łączą się  dwa klucze.  Czasem cisza pozwala usłyszeć dzielną pracę skrzydeł, czasem któryś z ptaków dygresyjnie kwaknie ...

Skąd wiedzą, że oto nadchodzi pora podróży? Skąd czerpią tyle spokojnej siły w drodze?  Czy  tam, dokąd lecą, czekają na nie drzewa i jeziora? Co im podpowie, że pora z nieba zejść?

W poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi, wystarczy czasem wyfrunąć od rodziców i zbudować swoje gniazdko, ot – cztery sosny dalej, albo wydrążyć własną norkę, choćby pod tamtym pniem! Niektórzy są bardziej wybredni, muszą najpierw przewietrzyć żagle i opłynąć cały świat, by wreszcie któryś port stał się domem. Bywa, że trzeba konkurencję ze stepu przegonić  , przydaje się wtedy dobra kondycja, zwłaszcza uzębienia! Są jednak na tym świecie istoty, które mają znacznie łatwiej, rodzą się w sadzawce, która jest ich domem, alkową i stołówką, a i umieranie nie wymaga szczególnej logistyki. Szczęściarze!

Mnie przypadł los nomada, takiego, co nie do końca rozumiał, że nim został! Kilka razy przenosiłam obóz, potem zbierałam nową ściółkę, pstrzyłam obejście piórkami i myślałam, że tak dobrze jest.  Bywało jednak, że tłuste króliki nagle odchodziły, wysychały oazy, obok przechodzili wędrowcy, z którymi pragnęłam iść dalej.  Nic nie poradzę  na to, że zamiast wytrwałego doświadczania dyskomfortu, wolą znosić trudy zmian i wciągać w nozdrza przerzedzony zapach nadziei.

Jakże mądre są nasze instynkty i jakże nieprzejednane! Sambora narodziny uchyliły we mnie wrota, przez które coraz większym strumieniem przedostawała się myśl o domu, pierwotne pragnienie uwicia trwałego i bezpiecznego gniazda. Stanęłam na Kole Życia, w progu pola „Dojrzałość” i odwróciłam się , by pozbierać kamyczki doświadczeń. Wzięłam w dłonie stare marzenia i przelewając je przez palce, zobaczyłam co zostaje, dodałam wschody słońca, które pragnę widzieć w przyszłości, zważyłam siłę, którą mam, by unieść to wszystko. Na końcu uplotłam z tego amulet – moją wielką czułą wizję. Wizję  DOMU!

Nie chcę żyć w regale mieszkalnym, zdana na najemne ściany, w których gwóźdź omdlewa zniechęcony wyrokiem tymczasowości, na obity kran, który częstuje mnie wodą w cenie coca coli, z zawartością escherichia coli. Nie zgadzam się na ogród w doniczce i ptaka w klatce!   

Moje miejsce na ziemi, to taka przestrzeń gościnna, co ciepłem otula serce i stopy,  urodą oczy pieści, a swoje pryszcze i ubytki w porę dyskretnie ukrywa. Czuć się w domu, to rozmaślać się w uldze, kiedy z okien pociągu widać już znajome stacje, a mijane krajobrazy obiecują wygłaskać zmęczenie.  Dobre takie terytorium, co mnie chroni i inspiruje, przyjmuje mój koloryt i odpowiada echem na śpiew,  choćby cicho, elitarnie… Niechby bociany gniazdo nad głową wić chciały, a ludzie … Wystarczy, że  rzadziej przez ramię będą spluwać!

Odkąd  na przystanku mojego życia– wysiadł pewien Wędrowiec, usypały się pozostałe ziarenka kolorowej mandali.  Zamarzył mi się nagle świat, w którym bliscy są blisko, wnuki mają dziadków, a dziadkowie dzieci.  Mój ród popadł bowiem w niekontrolowaną tradycję, wedle której pokolenia i ich odnogi rozjeżdżają się po świecie, a miłość opodatkowana jest słonym mytem na rzecz łączy kolejowych i telefonicznych.  Zabawne,  zupełnie nie wiem, jak pachnie niedzielny obiad u mamusi, a myśl, że zięć z teściem przy kieliszku płotek klepią, zatyka mi gardło drewnianym korkiem wzruszenia.

Nadszedł czas, by wyjść swojemu miejscu na spotkanie i zawiązać wiechę. Trzeba przenieść szałas, wierząc, że to ostatni raz. Nie będzie łatwo, trzeba tu jeszcze pogasić ogniska, zatrzeć ślady i pożegnać miejscowe Duchy, a na końcu pomachać stojącym na brzegu Przyjaciołom…

Po 16 latach wracam na Pomorze, do rodzinnego Sztumu. Tam przyczaimy się, by kiedyś we właściwej chwili, osiąść w leśnej wsi - Parpary. Przeprowadzkę zaplanowaliśmy na koniec października tego roku. Ptaki przed zimą umykają nad ciepłe morza, my w stronę tego chłodniejszego.

Ale podobno tam jest nasze Miejsce Na Ziemi!

czwartek, 08 września 2011
Świerkowe sanktuarium ...

Minionej soboty wybrałam się na wędrówkę do lasu, by odwiedzić jedno z ważniejszych dla mnie miejsc w okolicy, jedno z wielu osobistych Miejsc Mocy.  Droga daleka, najpierw trzeba przejść przez całe to smętne  miasteczko, potem obejść otoczone mroczną ścieżką jezioro, a po przekroczeniu bramy lasu idzie się  jeszcze wiele kilometrów leśną aleją, wiodąca czasem ciężko pod górę, czasem lekko z górki. Sam fakt różnorodności trasy, czyni z tych odwiedzin rodzaj pielgrzymki. W moim słowniku nazywa się to ostatnio „Wędrowanie po pytanie”.

Rytmiczny marsz i wysiłek otrzepują mnie z przyplątanych niepotrzebnych emocji, szorują przestrzeń w głowie i otwierają na odbiór szeptów ze świata. A piękny to świat, bo pełen subtelnego ruchu i z nikąd nienarzuconej harmonii. Świat gdzie twarde reguły życia i umierania łagodzone są chwilami ptasich śpiewów, bujającej się czupryny wrzosu, czy poddanego słońcu grzbietu jaszczurki. Po drodze gubię  płytkie priorytety minionych dni i tygodni, niedowierzając, jak mocno się mnie uczepiły. Na miejsce docieram przyodziana tylko w esencję - świetlisty program na własne życie!

Góra Gontyniec  jest najwyższym wzniesieniem w i tak mocno garbatej okolicy Chodzieży. Ja jednak tuż przed samym finałem, skręcam w swoje tajne rewiry… Po przedarciu się przez szpaler modrzewiowej straży oraz wysokie  zasieki z  dzikich traw, przed śmiałkiem, w środku Wielkopolski, rozwija się fantastyczna beskidzka panorama…

Tutaj rok temu wyśpiewałam sobie ukochanego, więc  i tym razem przyniosłam INTENCJĘ.  To dobre miejsce na składanie podziękowań, najwyraźniej również  właściwa przestrzeń, gdzie Duchowi Sprzymierzeńcy dobrze słyszą.

Wracając, raz po raz zatrzymywałam się, by przywołać Kocura Tassmana, który pozostawał w tyle, nieco już  zmęczony. Towarzyszył mi w wycieczce, zdobywając tym samym chwalebną sprawność psa-piechura!

Na szlaku mojego życia jest kilka takich zielonych sanktuariów, niektóre z nich odwiedzam regularnie, inne ugościły mnie tylko raz, pozostając  cichym, kolorowym wspomnieniem, do którego trafić ponownie nie sposób. A z resztą czy trzeba… ?


środa, 31 sierpnia 2011
O warsztatach "Duchowego Survivalu"

Duchowy Survival

Uśnice 15-17.07.2011

Głównymi tematami spotkania, w którym wzięło udział 10 uczestników z całej Polski (istoty niezwykle miłe i kolorowe!), było:

- Budowanie i rozwijanie pierwotnych więzi między Człowiekiem, a Naturą

- Koncepcja Świętego Kręgu, wg. Wizji Sun Bear'a

- Dostrzeganie w świecie Przyrody inspirujących i uniwersalnych nauk

- Poszukiwanie osobistych potencjałów (duchowych i fizycznych)

- Elementy pracy z Totemami Zwierzęcymi 

- Instynkt a intuicja

- Ceremonialne oczyszczanie ciała i ducha

 

Jedną z przewodnich myśli, były słowa Slonecznego Niedźwiedzia: "Zanim zaczniesz uzdrawiać Matkę Ziemię, pomyśl jak najpierw uzdrowić swoje Plemię, swoją Rodzinę i ... siebie".

 

Oprócz łąkowego seminarium, drobnych zadań warsztatowych oraz indywidualnego Medecin Walk, zaprosiliśmy uczestników do udziału w oczyszczającej Ceremonii Szałasu Pary oraz  subtelnie pięknej - Ceremonii Pełni Księżyca.

 

Prowadzący: Alina Michalik

Współpraca: Elke Michalik, Maciej Janowski

Na fotografii: Przed kolejnym spotkaniem w kręgu...

środa, 17 sierpnia 2011
Nasz leśno-wiejski podgladacz ;)

Ten mały Rudzielec (o ogonku białym na swoim końcu) nie mógł się powstrzymać i przez cały czas naszego obozowania (tj.jakieś 2-3 tygodnie) odwiedzał moją Rodzinę i ... Tasika, naszego kocura. Przy okazji warto wspomnieć, że Tasik jako blockers jest agresywny i demoniczny, tu na Łonie staje się absolutnym fanem wszystkiego, co dookoła, spokojnym i przymilnym. No i łatwo nawiązuje znajomości. Kot i lis obserwują się, pochodzą, ganiają wokół choinek i ścigają na łące. Najlepsze kino!

Zawsze o zmierzchu gdzieś na jednej z obozowych ścieżek, za stołem, za namiotem, przed wychodkiem, słowem wszędzie i ... prawie na raz, można spotkać lisiątko. :)

Podobno nadal wpada :)

sobota, 04 czerwca 2011
Najważniejsze to mieć perspektywy :)

 04.06.2011

środa, 01 czerwca 2011
Czas Dziecka

Naszym malym filozofom z okazji dnia Dziecka!

Czas Dziecka

Leżeliśmy wczoraj, rozleniwiając wieczór i rozmawiając o sobie. O sobie nawzajem. Nie wiem dlaczego w pewnym błogim stanie zaczynamy sobie opowiadać, co tam po drugiej stronie widać. Miłe rozmowy zakochanych. A zamiast  zachodu słońca i huśtawek z kwiatów – szczerość , wyrastająca dziko na czułej obserwacji, owinięta dojrzałą tolerancją dorosłych ludzi. Dorosłych … ? W naszych uśmiechach ciągle jeszcze widać dzieci, czasem rzadziej, czasem częściej...

Widziałam jego fotografie  z dzieciństwa. Najpierw zadziorny  malec z loczkami, trzymający bezwładnego misia za nogę,  potem zastygłe nad pianinem dłonie i brwi dziewięciolatka. Od czasu do czasu z albumu wypadają luźne, wciąż nie pasujące do żadnej z przegródek - odbitki nastroszonego buntem wobec świata, licealisty w glanach…

Naprzeciw siebie, widzę mężczyznę  – on kobietę.  A  więc spotykamy się  dopiero tutaj,  jako dorośli, samodzielni,  jeszcze młodzi, ale już  po przejściach, po zejściach, po studiach, z uklepanym charakterem i z pierwszym siwym włosem…    Dołączyliśmy do siebie niedawno, na pewnym odcinku drogi, za każdym z nas rozległa mapa życia, nasze wspomnienia, nasze dzieciństwo, my.

Przecież nie jestem innym człowiekiem, niż byłam nim jako dziecko. Może większa, sprytniejsza, śmielsza, może więcej rozumiem, umiem, mogę. Między mną, a tą małą Dziewczynką wciąż biegnie nić. Ta nić,  to ja sama, moja historia – a dopóki żyję, łączy mnie z moją przeszłością i … dzieckiem, którym byłam i którym być nie przestałam. 

Dzisiaj jestem Matką swojego Syna.  Pięcioletni Sambor nie dzieli swojego życia na okresy, kiedy był „noworodkiem”,  „niemowlęciem”, nie liczy od kiedy stał się „przedszkolakiem”. Są doświadczenia i uczucia, te które pamięta – trwają nadal w nim, te o których zapomniał, czasem pamiętam ja. Ale dla niego to jednak tylko opowiedziana  historia…

Mały chłopiec  powoli rozumie, że kiedyś dorośnie i będzie miał na piersiach włosy – ale wygląda na to, że najbardziej ufa temu dziecku, które widzi dzisiaj w lustrze! Sambora złoszczą nasze uwagi, że „jutro” to przyszłość, a „wczoraj” określa czas miniony. Jego czas ma rozpiętość o wiele większą, to czas jego wyobraźni! Czasem chwali się: "Kiedyś, jak byłem duży, też chodziłem do szkoły!". Mój Syn długo nie akceptował wersji, iż kiedy mama była dzieckiem, jego po prostu „nie było”. Wreszcie odpowiedź znaleźliśmy wspólnie: skoro nie było go tutaj, pewnie był w kosmosie!

Sambor pięknie pyta, o przemianę pokoleń, o starość i śmierć. Wciąż jednak coś mu nie pasuje, bo skoro dziadkowie odejdą, dorośli staną się dziadkami, a dzieci zajmą miejsca dorosłych – to kto się będzie bawił? On przecież dzieci mieć nie będzie! Jak??? Przecież jest jeszcze DZIECKIEM! 

środa, 13 kwietnia 2011
Szamanizm pilnie potrzebny!

Jak trwoga to do Boga –mówi przysłowie, służące najczęściej niezbyt serdecznemu określaniu tych, co nawrócili się  pod wpływem dramatycznych wydarzeń, a teraz, będąc w pilnej potrzebie, powracają na odepchnięte wcześniej łono bozi, byłej żony, zaniedbanego  przyjaciela…

Nie przepadam ani za samym wyrokiem, ani za kontekstem, w którym to powiedzenie najczęściej kursuje. A to dlatego, że spoglądając na zjawisko z innej perspektywy, można dopatrzyć się  czegoś naprawdę ważnego…

Mój niemiecki Dziadek, to okaz rzadkiej niezłomności ciała i ducha. Zapracować – nie dostać, dojść – zamiast dać się podwieźć, dźwignąć – nie fatygować innych, nie pojawić się  na urodzinach znajomej –  to lepiej niż odpowiadać na jej nachalne pytania, hodować własne ziemniaki – bo swoje, to swoje i już! Inżynier elektryk, maratończyk, narciarz, złota rączka, sadystyczny nauczyciel pływania (Mamo, dałaś radę!), w swojej Skodzie zamęczył ze trzy skrzynie biegów, ale jak się głuchnie, to się nie słyszy, a prawnuka w Polsce odwiedzić trzeba! 

Jako mąż Babci (tej Babci!) - oaza spokoju albo … konformista. Darujmy mu, po ciężkim głodnym dzieciństwie, wojnie i 5 latach jugosłowiańskiej niewoli, można nie mieć  ochoty na egzorcyzmy.  

Miłośnik rodzimej przyrody i  gór (żadnych pustyń!) Na pamięć zna całe metry cytatów z Goethego i Schillera. Lubię wspominać Dziadka umykającego niepostrzeżenie w lekturę  albo poobiednią drzemkę. Jeszcze rozkoszniej  odtworzyć w pamięci widok, kiedy osłonięty słomkowym kapeluszem, w krótkich dżinsowych spodenkach podlewa kwiaty i pomidory w swoim bajkowym ogrodzie .

Zawsze ożywiał się oglądając w telewizji relacje ze spotkań piłkarskich, a dobry kabaret albo polityczna dysputa, wraz z podsuniętym ukradkiem koniakiem nabłyszczały mu oczy i odsłaniały kilka srebrnych zębów po bokach. Raz po raz nachodzą go wspomnienia z młodości w rodzinnym Klingetahl,  opowiada o wojnie i o tym, jaki według jego dobrych komunistycznych  przekonań  ten świat być powinien  ...

W naszej rodzinie mówiło się, że Opa jest ateistą. Tymczasem na stare lata został entuzjastą teorii i literatury Daenikena. Podobno wszystko tam pasuje!

Na początku czerwca ubiegłego roku Dziadek miał wylew. Przez pierwszych parę dni nikt nie wiedział, czy uda mu się poruszyć choćby palcem, na chwilę utracił wszystkie ważniejsze funkcje życiowe , było źle. Misternie ułożony światek  dwojga starych ludzi, samodzielnych czasem do granic groteski, osunął się i skurczył , jak topniejący bałwan .

Babcia, czuwająca wówczas przy łóżku Dziadka relacjonowała, że kiedy tylko po kilku dniach otworzył oczy i dał wyraz odzyskiwanej świadomości, w sposób, który za pewne zrozumieć mogła tylko ona – poprosił o BURSZTYN. Ten duży, nieoszlifowany kawałek bursztynu, który wiele lat temu kupili razem w Sopocie… Prosił by kłaść mu kamień na piersi, albo obok, gdzieś blisko. Dziadek miał też wtedy powiedzieć, że modli się do boga, aby ten znowu go ocalił.

Znowu? Zawsze go przecież ratował i chronił, było tak wtedy kiedy karabin wycelowany w jego głowę  zastrzelił niespodziewanie  żołnierza obok, i wtedy kiedy zjeżdżając na nartach ze stromego stoku zatrzymał się na drzewie, a gałęzie otworzyły mu brzuch, a także wtedy kiedy przed laty zawał serca nie zabrał go na tamta stronę…

Dziadek zdawał się powoływać na dobrze skrywaną zażyłość, o której dotąd nie mieliśmy pojęcia.

Dla mnie i Mamy nie znalazłaby się  w końcu lepsza okazja, by porozkładać przed nim nasze uczucia, podziękować za rzeczy ważne i dobre, wyartykułować  to, co zawsze było oczywiste, a nigdy nie wypowiedziane. A było to miesiąc później…

Zobaczyłyśmy wtedy Dziadka bezbronnym dzieckiem, ufającego naszym silnym ramionom, które jego ciału przywracały pion na zadartej poduszce. Mały Prawnuk pytał z przejęciem o każdą rurkę  i plaster, dociekał po co i dlaczego. Do dzisiaj pyta, ale już  rozumie więcej.

Dziadek poprosił o BURSZTYN. Chwycił go drżącą, ale coraz sprawniejszą prawą dłonią, obrócił parę razy. Potem przyłożył do wyschniętej szyi, znowu podniósł, zatoczył koło ponad grdyką, podobnie zaczynił nad sercem i pęcherzem. Jeszcze natarł nim zwiędłe przedramię i dłoń lewej strony, po czym z wyraźną ulgą umościł bursztyn na swej umęczonej i wciąż na wpół śpiącej krtani. Oniemiałyśmy. Podobny rytuał widywałyśmy przez kolejne dni naszych odwiedzin.

Po powrocie do Polski, nie mogłam się powstrzymać, w swoich mądrych księgach sprawdziłam działanie bursztynu – okazuje się, że Dziadek używał kamienia dokładnie tam, gdzie potrzebował i gdzie bursztyn pomaga najskuteczniej!

Pod koniec lata Opa wrócił do domu. Trochę nieporadny, zdany na Babcię, ale jednak samodzielny w tym, co jak sam mówi, utrzymuje godność jego życia. Chodzi. Krótkie odcinki pokonuje bez wózka. Rehabilitantka zadowolona. Lewa ręka nadal śpi. Czasem chciałby już odejść, ale widocznie bóg  mojego Dziadka ma inny pomysł…

 

Agata i Gustaw nie widzieli dotąd potrzeby wicia własnego gniazda, dobrze im się tak żyło, na kocią łapę, z kotami, na kocich zasadach. Ale kiedy dowiedzieli się że wynajmowane przez nich i jeszcze parę osób mieszkanie w pewnej …  jakby to ująć … interesującej poznańskiej kamienicy (i dzielnicy!) podrożeje dwukrotnie, wybrali drogę kredytu. Jak wiemy, kredyty w naszym kraju spłaca się  dłużej, niż grzechy młodości, a procedury ich zaciągania pokrętniejsze są niż niejeden geszefcik z mafią – decyzja nie była łatwa.

Upolowali jednak lokal i podpisali cyrograf. Dusze sprzedane! Zaplanowali skromny remont. Dobrze że wtedy jeszcze nie wiedzieli, że zdrapanie pierwszej warstwy odsłoni całkowicie gratisowo obraz bitwy pod Grunwaldem (w tym tygodniu ma się okazać, czy wygranej!).

Wiedzieli jednak, że w domu są karaluchy, a nad nimi ich królowa – Wielka Stara Karaluchowa! Do teraz nie wiem, na ile postać matki byłej właścicielki i wielkiej samicy Karalucha, to scalona  traumatyczna wizja niedospanej Agaty, a na ile Babcia ta naprawdę posiadała moc przybierania postaci ohydnego owada i zamierzała kontrolować sytuację, nawet po podpisaniu umowy kupna i sprzedaży.

W każdym razie jakiś tydzień temu miałam pilnie poradzić Przyjaciołom, jak odczynić mieszkanie, aby żaden duch przeszłości nie śmiał się tam więcej zabłąkać.

Niedawno Agata zadzwoniła i zdała relację z zabiegów. Zanim na dobre zaczęli okadzać pomieszczenia, Agata zgodnie z wytycznymi pootwierała wszystkie okna, co stało się przyczyną ostrego spięcia między parą, gdyż przeciąg nabrał rozmachu tornada i o mało nie rozbijając wszystkich okien („wietrzenie dobre, a solidny przeciąg jeszcze lepszy!” - kwiczałam w duchu z zadowolenia).

Mistrzem ceremonii, jak się okazało, został Gustaw. A to ciekawe, pomyślałam. Widocznie jednak jego stateczny i twardo stąpający po ziemi … duch, czuł się w obowiązku dopilnować, by oczyszczanie przestrzeni dokonało się w sposób rzetelny.  Para przegoniła niechciane istoty duchowe, napełniając nowy dom swoimi sprzymierzeńcami i zapachem palonej szałwii. Byli zadowoleni! Precz karaluchom! Tfu, tfu!

Tymczasem dalsza część obrzędów miała się dopiero rozpocząć. Tego samego wieczora, w starym mieszkaniu,  odwiedził ich dawno niewidziany Przyjaciel. Od słówka, do słówka, od kufla do kieliszka –  narodziła się jakaś okrutna biba!

Gustaw, nie bez sensacji, poległ pierwszy. Agata, jak sama mówi, niewiele pamięta, oprócz tego, że dialogi prowadziły się zawile i fantazyjnie, a na koniec struła się niczym podlotka na osiemnastce, było … co tu kryć, dekadencko! „Jacy my byliśmy chorzy! Wiesz, następnego dnia pod wieczór, kiedy ustąpiły torsje , dotarło do mnie, że dopiero teraz to się solidnie OCZYŚCIŁO!  Mówię Ci, to było coś!!!” .

Wygląda na to, że dopełnienie rytuału, nastąpiło w tym właśnie momencie. Zakropienie znane jest przecież niejednemu ludowi, co duchy złe odczynia. A że przy okazji  prania, przewirowało żołądki moich Przyjaciół …  Myślę, że będzie im się dobrze mieszkało!

 

Potrzeba rytuału i wiara w jego moc, to być może najstarsza z cech, wspólna dla wszystkich ludzi, bez względu na szerokość geograficzną i czasy w których żyjemy.  

Każdy z nas ma w sobie ogromne pokłady intuicji, która budzi się, kiedy tylko otworzymy się na jej podszepty.  Nasza wewnętrzna wiedza pozwala nam w trudnych, przełomowych  chwilach, stać się na chwilę szamanem, który wracając z drugiego świata, otrzymuje dostęp do swoich osobistych lekarstw i sprzymierzeńców.

Nagle umiemy wizualizować problem, odnaleźć własną ceremonię, nadać ważność pojedynczym gestom … 

Pilna potrzeba może stać się katalizatorem w kontaktach człowieka ze światem duchowym, tym ujętym w ramach religii, albo tym, który staje się wiarą w bliżej nieokreślone siły sprawcze.

W ważnych chwilach pragniemy oczyszczenia, rytualnego obmycia naszych myśli, ciał i relacji. Nie wypada tego lekceważyć, ani u innych, ani u siebie …

 

poniedziałek, 21 marca 2011
Pierwszy dzień Wiosny!

Pełny Księżyc, w tych dniach najbliższy Ziemi, rozjaśniał granat nieba i zachęcał tłumy niewidzialnych ptaków do  nieustającej gadaniny nad tonią czarnego jeziora.
A ja głaskałam Jego ramiona i podbródek najpierw z wdzięczności dla ich istnienia, a potem z apetytu na całą ich miękkość i twardość.

Przebudzona do nowego tygodnia, powitałam najsłoneczniejszy od miesięcy poranek. Papieros bardziej dla Stwórcy, niż  dla mnie  pozwolił zatrzymać się na chwilę nad subtelną miłością świata do samego siebie. Wodne bractwo skrzydlate  powróciło nad stawy i czesze powoli chłodne jeszcze woale powietrza.  Na wielkiej wierzbie przysiadła gołębica, ta sama, która w zeszłym roku uwiła tutaj gniazdo ze swoim ukochanym. Gniazdo czekało na nich, mimo wiatrów i śniegów.  

Synek z  resztkami łez na  rzęsach czekał na ten uścisk małego wybaczenia. Odwzajemnił się wielką ulgą, taką którą tylko dzieci potrafią sobą malować , pocałował mnie w dłoń …

Milczę . Wiosna czule dmucha życiu w twarz i budzi je ze snu. Zapachniało świeżą ziemią. Dobrze mi.

środa, 02 marca 2011
Odwiedziny

Wyszłam z biura. Spod wiaty dla palących, ruszyłam dalej w kierunku pól, pośród których ciągnie się ogrodzenie zakładowych włości. Panująca wokół cisza i wiosenne słońce, zdawały się wysysać  z mojej głowy niezdefiniowany ból, a chłodne powietrze otrzeźwiło  zahipnotyzowane komputerem oczy. Na moment przynajmniej. Każdego dnia coraz trudniej mi odsiadywać  kolejne godziny w fabrycznym biurze bez okna, bez powietrza, bez sensu.

Wchodzę w pole i w skrzypiącym śniegu wydeptuję sobie mały postojowy placyk, platformę  do pogańskiej modlitwy. Wiosna uśmiecha się jak Mona Lisa drobinkami ptasiego szczebiotu. Zewsząd dobiegają melodie, odbijając się raz po raz od mroźnej ciszy. Spostrzegam nieopodal całkiem liczne stadko kolorowych ptaszków. Unoszą się na chwilę, wystraszone moim ruchem, po czym znowu opadają i zawzięcie wydziobują coś spomiędzy pojedynczych kępek suchych traw. Gawędzą przy tym piskliwie i wiercą kuperkami, jakby nie wiem, jaki rarytas tam znalazły. Gdybym tylko mogła stać się jednym z Was! Pozwólcie, choć na chwilkę, podziobać sobie z wami, podreptać troszkę, poćwierkać bliżej, poocierać się o wasze miękkie brzuszki… Tylko chwilkę!

Jeszcze ostatni wdech i zmrużenie oczu na błękicie. Czas wracać. Już czas! No już! Naciągam kaptur i struta maszeruję w kierunku placu dla ciężarówek…  

wtorek, 01 marca 2011
Zaufanie

Czasem przypominam sobie, że warto ponad wszystko zachować wierność sobie, być sobie lojalną, jak stary ślepy pies. Choćby bezkrytycznie, histerycznie i dla świata niepojęcie - muszę sobie ufać.

Złapać siebie można, o paradoksie, kiedy ze szczęścia już nawet zimowe buty nic nie ważą, albo kiedy jest się rannym. Takim rannym wieczornym, na noszach swojej złości i niewytłumaczalnego dla rozsądku normalnych, smutku ...

Mogę przeprosić  za odłamki, mogę pobiec, zapobiec, przewietrzyć - mogę się rozebrać znowu i zanurzyć na oczach świadka. Tylko w co miałabym się potem przyodziać? W to samo potargane giezło, a może słodki kostium zapomnienia? Zapomnienia i ciągłego pamiętania - że się nie wyjaśniło, co się  zaplątało.

Jest zapewne taki kierunek w moich żyłach, który hamakiem otula ten mięsień i maluje mi na policzkach rumieńce ... To rumieńce pokoju we mnie zakochanych.

czwartek, 24 lutego 2011
Poranne wiadomości

Spokojny poranek. Maszeruję do pracy , nawet -25 stopni Celsjusza nie zakłóca wewnętrznej ciszy i oczekiwania na nowy dzień.  Pięknie świeci słońce.
Zaparzyłam sobie kawę, na talerzyku ułożyłam ciastko z kremem. Szybko uruchamiam serwis internetowy, żeby dowiedzieć się, co przyniosła w Libii noc. Smutno myśleć o tych, którzy z stamtąd uciekają,  o tych którzy uciec by chcieli, i o tych którzy zostają...

Ile razy jeszcze historia świata zanotuje wymazywanie niesfornego narodu? Ilu psychologów przetrawi na nowo gen ludzkiego okrucieństwa?

Zmieniają się tylko fryzury oprawców...

Wzrusza chleb na ulicach i zawracanie po kulejących . Złoszczą panowie w belwederach, chowający się za przepisami i mapą układów.

A chaos rozłazi się wirusem dokąd tylko zdoła.

Od wolania o pomoc dzieli nas tylko odległość. Jeśli go nie usłyszymy, rozdzieli nas czas.

Odechciało mi się śniadania.    

A tymczasem gdzieś na drugim końcu świata zatańczył niebezpiecznie Żywioł. Wszystkie istoty próbują pomóc sobie nawzajem, by nie uronić zdrowia, złapać życie, przetrwać...

Gdzieś całkiem w pobliżu, ojciec uszczelnia okna i wrzuca do pieca większą porcję miału, matka stawia na stole ciepłą gorzką herbatę – niech się dzieciaki rozgrzeją przed szkołą…

Tam w ośnieżonym zagajniku, lis znowu czyści pysk, rozsmakowując się w aromacie porannej nornicy. Miał szczęście! Dobrze że się krewni nie zleźli.

Chmara wróbli rozćwierkała suchy zimowy krzew. A co tam, dzisiaj i tak żarcia nie będzie!

środa, 23 lutego 2011
Czas na miłość

Miłość można sobie wymodlić. Stanąć naprzeciw horyzontu i powiedzieć głośno, czego się pragnie.

 Można ofiarować pieśń, śpiewać ją raz po raz, najpiękniej jak się potrafi. Tak aby ktoś  tam daleko usłyszał melodię.

 Miłość można sobie wytańczyć, najlepiej tę, którą sami chcemy dać.

 Miłość można sobie wywróżyć, nic nie poradzisz, jeśli przepowiednia się spełnia.

 Można otworzyć swoje umyte czujne serce i cierpliwie czekać na wędrowca. 

Marka poznałam po oczach i kształcie nosa. Zaczytując się w poezji jego dziennika, zastanawiałam się czy aby nie jest zbyt smutny i czy umie naprawić kran.

Na początku była INSPIRACJA. Dynamiczna, otwarta, pracowita i owocna. Potem chciałam, żeby zadzwonił znów. Żeby mnie zagadał, zatrajkotał, zaciekawił i … wysłuchał.

Nasza WYMIANA zaczęła się  pewnego jesiennego popołudnia, wędrowaliśmy na tamto wzgórze, gdzie niedawno ŚPIEWAŁAM. Kiedy schodziliśmy z pagórków, świecił pełny Księżyc. Chłopak zawodził ukraińskim śpiewem, a dziewczyna zaczerpnęła z Indian. Podobno jeszcze wtedy nie wiedział. A ja tak!

Nazajutrz miał wyjechać, został.

Marek umie naprawiać kran, potrafi też spawać i gotować.

Wie, że nie znoszę  zgłębiać przepisów kulinarnych. Ja ograniczam pozostawianie wszędzie używanych chusteczek higienicznych, leżą już tylko gdzieniegdzie.

Nie jest smutny. Lubię  kiedy wydziera się pod „Zielone  Żabki” i rży na głupich komediach „dla chłopców”.

Słucha mojej twarzy i rąk. Czuje, kiedy ukrywam, co czuję. Kiedy jemu drży  środek, mnie też drży. Niestety . Na szczęście. Czasem gubimy się w tym, komu zadrżało najpierw.

Rozumiem Teatr. Ten, o którym on mówi - tak.

Łączy nas rewolucja i miłość do drzew, on bywa anarchokolektywistą, ja hippiską.

Dla pobudzenia krążenia, rozważamy czasem surwiwalowy wariant w razie  ekologicznej traumy, ekonomicznego krachu, albo uderzenia planetoidy. Mój Brat mówi, że jesteśmy świśnięci. Nie należy mu jednak wierzyć gdyż  sam chce zostać  doktorem od meksykańskich czarownic!

Sambor kocha Wujka. A Wujek Sambora. Wydaje mi się, że są sobie potrzebni.

Marek pozwolił mi zdjąć spodnie. Podobno najładniej mi w sukienkach!

Zapytałam go kiedyś „Skąd Ty się wziąłeś?”.
"Z  teatru snów ..."  odpowiedział. 

Raport odtłuszczony

Miniony rok to czas, kiedy zaczęłam oglądać  świat z perspektywy IV pietra (i póki co, nadal tak mogę). Całościowy i zdystansowany ogląd sprawy przeniósł się również symbolicznie na mój sposób myślenia w tamtym okresie.
Mam wrażenie, że nowy rozdział, piszący się wraz z nastaniem wiosny, przywrócił we mnie to, co dzieciństwo i młodość ze sobą niosą: budowanie, zbieranie doświadczeń, poprzeplatane  odrobiną zabawy …
Podstawowym wyzwaniem okazało się umoszczenie mojego Syna i siebie samej w nowej sytuacji. Ulgę przynosiło mi oglądanie Sambora coraz spokojniejszym i uśmiechniętym. Dzieci bowiem wcale nie są szczęśliwe z rodzicami, których dzieli coraz mocniej naprężony elektryczny pastuch. Nawet jeśli tęsknią…
Zabierałam Sambora na rowerowe wycieczki, zażywaliśmy jeziornych kąpieli, wynudziłam parę ławek przy lokalnych piaskownicach.

Wolne dni przydarzały mi się, kiedy Sambor odwiedzał swojego tatę. Najczęściej przeznaczałam ten czas na samotne maratony terenowe, a wieczorami rozwijałam się towarzysko. Czasem wałęsałam się z przyjaciółkami po lokalnych  tancbudach, odświeżając choreografię do muzyki nieambitnej, aczkolwiek niezwykle rozrywkowej!

Lato przyniosło parę pięknych przygód o charakterze turystyczno – kulturalnym. Z parą Przyjaciół i Samborem odwiedziliśmy zaszyte gdzieś w Drawieńskim Parku Narodowym gospodarstwo znajomych artystów. Przez kilka dni zażywaliśmy  otoczenia lasów, łąk i … kóz.

Potem, kiedy Synek cieszył się swoimi Dziadkami, a oni nim – ja cieszyłam się  wibracjami żywych  Pearl Jam i Tinariwen w Gdyni.
Zdarzyły się sentymentalne spotkania w Sztumie i kilkudniowy słodki survival na uśnickiej łące. Cóż  to było za pyszne traperstwo! Jak zawsze. Lasek tylko bujniejszy i sadzawka jakby głębsza. Sambor pomagał mi zbierać chrust na ognisko, nauczył się korzystać z polowej umywalni (trzy wiadra, deska i ręcznik na kiju), a ostatniego dnia przetrwał w namiocie spektakularną burzę, nie zauważając nawet że jego mamusia zaliczała właśnie swoją pierwszą w życiu piorunową  paranoję.

W sierpniu, pod surową opieką PKP, poturlałam się jeszcze do Krakowa, a dalej w Beskidy. Ciekawe, że charakterystyczny mocznikowy smród polskich kolei, oprócz obrzydzenia rodzi w moim mózgu inną silną asocjację:  „przygoda”!
Uczestnictwo w warsztatach Roberta Palusińskiego i praktyczne smakowanie technik Psychologii Zorientowanej na Proces pozwoliło mi ugruntować w sobie pokłady, po które dotąd sięgałam intuicyjnie, nie zawsze pewna właściwego kierunku i skuteczności swoich działań. Uspokoiłam się,  czasem wystarczy tylko złapać właściwą myśl i pozwolić jej na swobodny lot, nie wyciskając z niej rozwiązań i logicznych konkluzji.
Duchy gór sprzyjały pięknym wizjom i bardzo osobistym doświadczeniom.
A i przygód parę było… Ale te spiszę za kilkadziesiąt lat, kiedy nabiorą barw i wątków.

Pod koniec lata zaprosiliśmy do naszego domowego kręgu małego czarnego kocura, który otrzymał imiona Tassman - Malik. Duet Sambora i Tasika, to jak się  szybko okazało, interakcja, pełna miłości i dynamiki (skutków nie sposób przeoczyć, więcej sprzątam, gorzej śpię).


Wraz z pierwszymi żółknącymi liśćmi wyciszyłam się, coś we mnie dojrzało  i poukładało się. Zaczęłam rozmyślać, jakby to było móc dzielić się tym wszystkim, i dostawać tyle samo. Poprawiłam spódnicę  i okulary. Postanowiłam poinformować Wszechświat o tęsknocie … 

wtorek, 22 lutego 2011
Epilogia

Powoli coraz częściej męczy mnie potrzeba edycji paru danych zamieszczonych na ostatniej zakładce witryny. Tym bardziej, że to nie zwykła „edycja danych”, a tak naprawdę symboliczne odcięcie kolejnego sznurka łączącego mnie z minionym etapem życia…   

Pod koniec marca minie rok, odkąd moje drogi z Pawłem definitywnie się rozeszły. Tej decyzji nie żałuję, była tak samo naturalna, co rozsądna.

Trudniej zniosłam fakt, że  domek z ogródkiem, na zaspanej ulicy Chopina, przestał być moim małym miejscem mocy. Nie mogę już tak po prostu otworzyć drzwi i wypuścić Syna w bezpieczny kokon zieleni, nie mogę  zimą naciągnąć płaszcza na piżamę i wymknąć się na pogaduszki z Księżycem…
Wspomnienia przyklejone do tamtejszych ścian, drzew, rabatek, paleniska po ognisku  i malunków na murze - z czasem zwietrzeją i nasiąkną historią nowych gospodarzy. Ptaki, które zatrzymywały się na orzechu i brzoskwini – nadal pewnie tam siadują, stara jabłoń znowu zakwitnie wiosną, a winorośl obudzi się jak zawsze ostatnia!

Dla naszych kotów chcieliśmy jak najlepiej. Nie mogłam jednak żadnego z nich uwięzić w bloku, zostały więc u Pawla, który mieszkając teraz z Matką, mógł dać im lepsze warunki, w postaci łysawego ogródka, w sąsiedztwie innych  ujarzmionych po mieszczańsku obejść. Swoich futrzastych Przyjaciół odwiedzałam przy okazji wizyt Sambora u taty, przynosiłam im smakołyki. Tęskniłam.

Leon od początku nie pogodził się z nową sytuacją, przez całe lato, przemierzając sobie tylko znanym szlakiem całe miasto, powracał tam, gdzie było jego miejsce. Paweł raz po raz odławiał go pośród starych kątów i sprowadzał spowrotem do siebie. Kocur cieszył się ze spotkania, tulił i burczał, po trzech dniach zew znowu go budził.

Bromba, eksplorując nowe przestrzenie, w figlarności swojej nie dostrzegła wrogości pobliskiej ulicy. Odeszła w czerwcu, zostawiając mi dziesiątki uśmiechów, skropionych głupimi łzami. 

Yoko, najlepszy łowca i tropiciel, jakiego znałam – zaaklimatyzowała się. Ostatnio przeistoczyła się  w wyciszonego  pulpeta.  Chyba jest jej dobrze.

Na początku jesieni widziałam Leona po raz ostatni.  Dawni sąsiedzi mówią, że czasem go widują, dokarmiają, ale stroni od obcych. Wybrał wolność i swoje miejsce…

Miesiąc temu po pięciu latach obżarstwa i weloństwa zgasła nam Złota Rybka. Ostatni spływ urządziliśmy jej w pobliskiej rzeczce…

Nasze zwierzęce  stadko, mimo najcieplejszych intencji, rozpadło się, zamykając na zawsze pewien rozdział…

piątek, 05 listopada 2010
Listopadowy wiatr ...

Listopadowy wiatr pozrywał już prawie wszystkie liście z drzew. Tam, gdzie dotąd rozlewał się zielony dywan soczystych chwastów, teraz rozprzestrzeniają się wypalone chłodem łyse  placki błota, a pożółkłe resztki lokalnej flory drżą niczym cherlawe karły. Niektóre z roślin zasypiają, inne umierają na zawsze – pozostawiając w ziemi dojrzewające do wiosny następstwo. Kruki meandrują po niebie, coraz bardziej zmagając się z kapryśnymi masami wilgotnego powietrza. Gdzieniegdzie, między gęstym czopem z mgły i chmur przedzierają się resztki słonecznej poświaty, przypominając mi o istnieniu tej gwiezdnej rzeczywistości, która jeszcze przez kilka miesięcy będzie schowana, dostępna tylko dla tych, którzy wierzą, że tam jest.
Nadchodzi czas Mudjekeewisa, Niedźwiedzia, który powoli wkracza do swojej jaskini, by tam śnić i uzdrawiać swoje pracowite ciało. Wślizgujemy się w czas zacisznych myśli, wypiekania podsumowań, haftowania minionych doświadczeń i suszenia leczniczych refleksji. Posłuchamy legend z ust kamieni i nauki nagich gałęzi.
Będziemy świętować popołudnia gorącym winem i pleść wiersze o słodkich plonach. Do pieca nakładziemy brzozowych polan, aby w ogniu ogrzać dłonie, które nocą uśpią dzieci, a kochankom obudzą usta!

Kot burczy jesienną mantrę i otula futrem świat…

poniedziałek, 25 października 2010
Rozmowa

Przyroda do nas mówi, przecież to takie oczywiste! Dla niewidomego cyborga  -  wielka przesada, a dla cywilizowanego romantyka – najwyżej urocza metafora.
Ale dla nas, miłośników tego dialogu i wciąż jeszcze nieprzegonionych ssaków swojej Mamy – to pełen kontakt z tym co w naszej egzystencji najprawdziwsze, to wiara w życie i śmierć, w duchy i w siebie…

Matka Ziemia przemawia całym bogactwem swojego wyrazu, w setkach narzeczy, opowiada ciałem i z ciała, wszystkimi swoimi kolorami, kształtami, w każdym stanie swojego skupienia, informacje pulsują synchronicznie i chaotycznie…Na każdym poziomie naszej ludzkiej percepcji możemy złowić sygnał, dostać w prezencie krótką wiadomość i zachwiać się pod ciężarem sagi. Jest szept i wrzawa, są zapachy i smrody ostrzegawcze. Ziemia nie stroi się w szaty, które nie byłyby szczere. Stając się świadkiem i uczestnikiem cyklów życia na naszej Planecie, dostajemy bilet na udziału w niezwykłym misterium. Widzimy przemiany pór roku, tańce Żywiołów, a ponad to wszystko codzienną egzystencjonalną krzątaninę gatunków. Świat roślin i zwierząt doskonale umie odczytywać przydatne dla swojego istnienia informacje z Ziemi, samemu będąc jednocześnie odwieczną częścią tych sygnałów.

Człowiek żyjący w bliskim kontakcie z Naturą (co szczególnie widoczne jest w nielicznych, jeszcze istniejących kulturach pierwotnych), traktuje miejsce i istoty je zamieszkujące, jako nauczyciela i sprzymierzeńca. Zjawiska zachodzące w świecie Przyrody nabierają symbolicznych znaczeń,  współtworząc barwną kosmologię oraz punkt odniesienia dla tradycji.

Matka Ziemia obdarowana odpowiednią uwagą, odwzajemnia się bogatymi i mądrymi odpowiedziami na nasze pytania, leczy zaśmiecone zakamarki umysłu, przywraca do równowagi pierwotne instynkty, przypominając o naszym miejscu i roli we Wszechświecie, dokądkolwiek nie sięgałyby jego granice. Kiedy tylko na to pozwolimy, Natura zaczyna flirtować z naszą podświadomością, albo … podświadomość z nią.

Tak, czy inaczej - trzeba przyznać, że to najczęściej bardzo owocny romans:)!

wtorek, 19 października 2010
Będę

Odkąd pamiętam miewam czasem takie chwile, kiedy czuję się jak ptak, który o poranku rozpoczyna swój radosny hejnał na chwałę świata i nagle zostaje ugodzony z procy, zanim w ogóle zdąży wspiąć się na ostatnia strofę.

Wszystko czym się właśnie zachwycam, zachłystuję, co mnie truje i podgryza, pragnie wydostać się poza bryłę mojego ciała i umysłu. Oczami rozpylam pierwsze objawy, potem wypycham je z krtani, aby w końcu wyznać się cała każdym najmniejszym porem w skórze. Jestem falą, która rozpędzona mnoży to, czego ma w nadmiarze, rozpływa się, chwali, upewnia i potwierdza. Lubię przeglądać się w zwierciadle Wszechświata z tym pięknem, którego dotykam, oszaleć choć na chwilę dla istoty, która mnie rozczula. A to co bolesne, twarde i w kanciastości swojej niewygodne – rozpuszczam w powietrzu albo zmywam deszczem spod spojówek. Widowiskowe stosy też się zdarzają...

Lasy i morza potrafią to przyjąć. Ludzie nie zawsze. Jakże toksyczna bywa mi przestrzeń, w której naturalne strumienie emocji podlegają ocenie, dopchnięte kolanem do pojemnej szuflady z nalepką „Niedojrzałe / Niedorzeczne / Naiwne”.

Uwielbiam swój Sen, w którym każdy obraz ma sens, każdy ruch jest kierunkiem, słodki dźwięk pieśnią, a miejsce opowieścią. Lubię tworzyć swoje symbole, zdarzenia obracać w  mity, a istotom nieboskim nadawać wieńce herosów. I tak bardzo się kulę i wstydzę, kiedy wychodząc z tego przeklętego stawu ekshibicjonizmu spostrzegam, że ktoś właśnie skradł mi ubranie. Próbuję odzyskać mierzoną prześmiewczo sukienkę i pozrywane z majtek truskawki, aby w końcu zamknąć się w zbroi i znowu spróbować się w niej zmieścić. Ekstrawertyczny desperado!

Ale to mija, odpływa, cichnie …Jakże szybko wierzę znowu, że to część mojej Drogi, a w moim horoskopie jest tyle samo miejsca dla Ważki, jak i dla Kozy. Nie pozwolę uleczyć się ze swoich iluzji, bo śmiem sama wyznaczać ich granice. Jedni smakują, innym wystarczy relacja ze smaku. Jedni żałują, inni się uczą.

I znowu upojona różowym winem rozbieram się na granicy obsceny, by odtańczyć taniec brzucha. Przecież w swetrze biust zginie, a w spodniach biodrom za ciasno…
Będę tańczyć napotnie i śpiewać z patosem, będę też czasem płakać i nauczać potem jak po burzy pięknie pachnie ziemia…

poniedziałek, 04 października 2010
Pytanie

Dojrzałe zrozumienie swojego miejsca w świecie, a tym samym właściwe oszacowanie współrzędnych jest chyba najtrudniejszym zadaniem dla szukającego harmonii człowieka. Jakże zazdroszczę innym ssakom, najwyraźniej tylko my dwunożne golasy, mamy z tym problem. Mnie olśnienie dopadło niedawno, w dodatku dopiero w momencie, gdy dotąd pewna, że TO pytanie mnie nie dotyczy, zadałam je sobie wyraźnie, z bardzo nisko pochylonym karkiem.

Jakie są te nasze ulubione miejsca, które skwerki przyciągają, dokąd pędzimy by się skryć, gdzie wyśpiewujemy swoje pieśni? Jakim krajobrazem jest przestrzeń, w której czujemy się sami ze sobą najbliżej? Czy znamy to schronienie, w którym bezpiecznie mogą rodzić się nasze dzieci, nawet jeśli są tylko owocami naszych umysłów?

Mnie zawsze pociągały szlaki dzikie i nieprzetarte, z dala od ludzkich tropów, a każdy mój ważniejszy spacer i wędrówka to parcie w głąb kniei, niespokojne szukanie ukrytego „matecznika”, zuchwałe wkradanie się do świata, którego nie zdeptali grzybiarze i nie przecinają druty z prądem. Lubię oglądać świat w jego najbardziej pierwotnej formie, uwielbiam jasne łąki schowane pośród gęstych drzew, małe wioski Berberów nieprzerwanie grzejących siedziska po swoich przodkach. Cieszy mnie, kiedy historia nie jest tylko dobrotliwie reanimowanym staruszkiem, człapiącym ślamazarnie za wielkim cieniem teraźniejszości.

Czas się przyznać, jestem ekstrawertycznym demonem i bestią stadną. Ale mój spokój i moja mądrość wypełzają z ukrycia dopiero, kiedy gra im cisza i nie patrzy nikt. I takich wybiegów szukam dla nich nieustannie. Jest jeszcze ciekawość, rozhulana i zaprogramowana na spełnienie. Wiele razy przeceniałam swoje siły, naciągałam ambicje, zdzierałam kolana, pozwalałam przeczesać się jeżynom i wycieńczyć pagórkom… Rzadko stać mnie na zawrócenie w połowie entuzjazmu, to jakby w miłosnym galopie pociągnąć nagle za uzdę i sprowadzić konie spowrotem do mrocznej stajni. Rozpędzona idę, wierząc, że kiedy tylko minę ten zagajnik, obejdę jezioro i odwrócę twarz od smoka – znajdę swój śliczny grajdołek. I znajduję. A czasem nie, najczęściej wtedy kiedy zapominam, że oaza pojawia się, kiedy na pewno wiemy gdzie ma być, albo … kiedy czujni i otwarci pozwalamy jej się przed oczami roztoczyć...

Ostatnio jednak cofam się, trochę krążę i węszę w okolicy, przeczekuję, biegnę po prostu przed siebie. To świeża nauka, pierwszy zalążek nowej myśli, pierwszy pomysł na wolność, podpatrzony u psiej powsinogi.

Moim miejscem nie jest zatem dzikie serce pustyni, ani schowana w Karpatach wioska. Ja muszę oswoić pogranicze. Pogranicze swojego pochodzenia, swojej filozofii, temperamentu i obecności w społeczeństwie. Jakiś czas temu roztoczyłam słodkie marzenie o zamieszkaniu, niczym Baba Jaga, tak – aby mieć wszędzie daleko! I aby ten sąsiad taki maleńki był na horyzoncie, gotów jednak urosnąć, kiedy tylko zapragnę się doń zbliżyć. Zobaczyłam swój sielski rezerwat i … samotność.
”Alinka, nie możesz tak żyć! Gwiazdy potrzebują nieba pełnego innych gwiazd, no i kwiatów w garderobie!” – przekonywała z przekąsem zatroskana przyjaciółka.

Gdyby tak spojrzeć w przeszłość, najlepiej czułam się w pobliżu mostów, rozpiętych między światami – a szczególnie dobrze, kiedy mogłam je sama, nawet całkiem zgrabnie, zawieszać każdego ranka, niczym pachnące pranie między drzewami. Tak było w Tunezji, mieszkałam wtedy w zwyczajnej tubylczej dzielnicy „Hammam Gharbi”, korzystałam z umiarkowanie higienicznej łaźni publicznej, a w lokalnym sklepie nabywałam pyszny chleb z piaskiem. Do pracy tymczasem pędziłam na obcasach, wkraczając co rano na teren ekskluzywnego hotelu, gdzie czekało na mnie jasne biuro, wypełnione zapachem klimatyzacji i bossa mojego bossa.

PYTANIE zadałam sobie przed wyjściem w sierpniową noc, w beskidzki las. Było też pełne rygoru postanowienie „Nie szukamy miejsc o zakodowanym uroku krajobrazu, nie szlajamy się na umór, nie udowadniamy sobie żadnej rambo-misji”. Nie było łatwo! Ściągało mnie z drogi, nie podobało się nigdzie, niezdecydowanie równe wątpliwościom blondynki przy wyborze sweterka w galerii handlowej. Po 30 minutach marszu i drugim powrocie na ścieżkę, zadarłam wysoko głowę, a widok już figlował ze mną nawołując „A może spróbujesz na granicy?”

Podeszłam pod kolejny poziom gór, przedzierając się skrajem gęstego i suchego lasu. Przed wierzchołkiem zatrzymałam się i złożyłam bagaż na zwierzęcej ścieżce między dwoma małymi modrzewiami. Po prawej stronie jaśniała rozległa połać młodych liściastych drzew, a po lewej czerniał dziwny, coraz bardziej tajemniczy las. Głęboko pode mną mrok przecinała kamienna ludzka droga. Mogłam na nią patrzeć i rozmyślać…

Znad moich pleców nieśmiało wychyliła się Babcia Księżyc, czuła opiekunka tej długiej i niezwykłej, jak się potem okazać miało, nocy… To było dobre miejsce, bardzo dobre miejsce pogranicza … 

czwartek, 30 września 2010
sen o spaniu
Zmęczona. Potwornie zmęczona. Dlaczego sobie to robię? Jakaś dekadencka destrukcja fundowana ciału bez powodu… To już ten etap, kiedy ciemne plamki przed oczami nie pozwalają się pochylać, a umysł resztkami sił przetwarza, to co niby powinien, a już nie potrafi … Całe szczęście, że wgrany program pozwala wciskać okienko „dalej” i przekazywać komunikaty bez zrozumienia. Nawet już mi czaru i rzęs nie starcza, by tuszować kompletną niedyspozycję. Wypuszczam ohydny dym z płuc i patrzę na dalekie wzgórze na horyzoncie. Gdybym tylko mogła tam się  teraz znaleźć, rozłożyć ciepły śpiwór na skraju lasu i pozwalając się głaskać  jesiennemu słońcu, zamknąć  ramiona  we śnie…
Rozcieram zebrany spod stóp kwiat  jesiennego krwawnika i wącham jego ostry sok, ostrożne otrzeźwienie próbuje mnie wzruszyć i wycisnąć jakąś łzę. Tej tamy nie otworzę, nie wolno mi jej dotykać, podobnie jak marzyć o spaniu. Mam śnienie w sobie, jakąś sucha rycinę przypominającą jaszczurczy grzbiet. To, co powinno mnie po niebie roztańczyć – napawa obawą, w tej loterii nie można po prostu zgnieść papierka z nietrafionymi liczbami i wyrzucić do kosza …
Jak odpocznę, zjem jakąś cytrynę inspiracji i pewnie wszystko wyda się tylko  głupim snem z niewyspania.
piątek, 03 września 2010
Niby nic, a jednak coś

Niby nic, a jednak coś

Jakiś czas temu zaczęłam robić sobie w pracy samozwańcze przerwy na tzw. papierosa. Z papierosem ma to tyle wspólnego, że jest, bardziej jako pretekst – niż danie główne. W ciepłe letnie dni nadarza się okazja, aby odwiedzić dzikie obrzeża na rozległym terenie zakładu, pochodzić po łączce i ze wzrokiem jeńca napawać się błyszczącą taflą stawu po drugiej stronie płotu. Nie bez ryzyka oczywiście – palić wolno, spacerować – nie wiem...
Dzisiaj również postanowiłam przerwać walkę z grawitacją, oszczędzając tym samym mojej twarzy napisu „enter” na policzku i wyszłam zapalić.
Było zimno, wietrznie, ale wyjątkowo nie zbierało się na deszcz. Słońce wyszło zza chmur i oświetlało świat wokół wiaty pod którą kopciłam mentolową truciznę. Nie działo się nic, co przyciągnęłoby trwale moją uwagę. Odgłosy techniczne ignorowałam, żaden interesujący obiekt do konwersacji nie przechodził tamtędy, a wielka naczepa zastawiła pejzaż łąki. Marzłam. Gapiąc się pół-przytomnie na żywopłot poszukiwałam czegoś, co przeniosłoby mnie choć na chwilę w jakiś mniej industrialny sen.
Zaczęłam czochrać krzaki, i już za chwilę pod jednym z listków zauważyłam podklejonego ślimaka, i drugiego, i trzeciego… Potem ujawniło się stadko biedronek, których wcześniej nie zauważyłam. Wyglądały na bardzo zajęte czymś bliżej nie określonym, jak to z biedronkami zwykle bywa. A kiedy na gałązkach wylądowały dwie ważki, uniosłam się zachwytem - że lato jeszcze nie odeszło! Nie zdążyłam jeszcze pokłonić się tym drobnym czarom, kiedy niespodziewanie usłyszałam w pobliżu głos świerszcza. Świerszcz jest dla mnie od lat, jak się okazuje, osobistym indykatorem kontaktu z przyrodniczymi „krewnymi”. Nie mam pojęcia skąd się wziął i co go wzięło – ale grał, jak zamówiony „mariachi”!
Namierzając w trawie muzykanta, trafiłam wzrokiem na kępę piołunu i zaraz rzuciłam się, by go pozbierać – wspaniałe kadzidło na przeganianie zimowych demonów z własnej głowy.

I tak pokrzepiona, trzymając w dłoni kępę ziela – przemaszerowałam dumnie przez halę, wzbudzając zainteresowanie pogrążonych w szalonym rytmie pracy mrówko-ludzi.

Piołun pachnie, komputer radośnie oddaje mi swoje promieniowanie, a strzały pistoletów pneumatycznych brzmią prawie tak samo, jak świerszczowa piosenka ;-P

piątek, 20 sierpnia 2010
Zwierzenia zielonego blokersa ...

Zwierzenia zielonego blokersa ...

Mija piaty miesiąc, odkąd zamieszkałam w malutkim mieszkaniu na czwartym piętrze betonowego klocka. Życie w bloku wciąż jeszcze dostarcza mi nowych refleksji na temat tego, co dla wielu ludzi stanowi zupełnie naturalną przestrzeń ich egzystencji, a dla mnie wciąż pozostaje intrygującym zjawiskiem, którego chcąc nie chcąc  stałam się częścią. Uwicie sobie gniazda w regale mieszkalnym nie jest bowiem sprawą prostą,  zwłaszcza jeśli się nie jest jaskółką!

Przyzwyczajona do domków, ogródków,  trawniczków, pokrzyw, ławeczek i ognisk – nagle poczułam się brutalnie  pozbawiona wybiegu. Co prawda uśmiechający się w stronę  pięknego jeziora  balkon na tej wysokości daje pewną iluzję  lotnych przestrzeni, zwłaszcza jeśli się solidnie wychylić,  ale nie szczególnie przepadam za uczuciem gniecenia w kroku… nie takiego w każdym razie.
Kiedy się wprowadziłam, nie miałam zielonego pojęcia do czego służy piętnaście kluczyków, które wręczyli mi właściciele mieszkania, stresowałam się  tematem skrzynki na listy, piwnicy, śmietników i Internetu z kabla. Schody mnie nie odstraszały.

Zastanawiałam się  tymczasem jak mieszkanie w betonowej półce ma się do równowagi energetycznej w nas i wokół nas, skoro moja podłoga nie ma kontaktu z ziemią, a przestrzeń między nimi wypełniają kolejne półki, zamieszkałe przez innych ludzi. Otoczona obcymi rodzinami, z dołu, z boku – właściwie osaczona ich życiami, które „promieniują” swoimi chaosami, radościami, dramatami i kto przeniknie, czym tam jeszcze – sama staję się członkiem tej przedziwnej wspólnoty. Pod tym względem blokowy sąsiad jest jakimś odrębnym fenomenem społecznym. Wszyscy musimy przestrzegać pewnych reguł, dbać o wspólne dobro – choć tak na co dzień częściej patrzymy sobie w wycieraczki… niż w oczy. Znając swoje upodobania do nierzadko skocznych wieczorków melomana, rozbudowanych wokaliz folkowo-jazzowych we własnych aranżacjach, spotkań towarzyskich, prysznica o północy oraz głośnych dyskursów telefonicznych na tematy aktualne (aktualnie pełne świństw, emocjonalnej wiwisekcji oraz bezpruderyjnych fantazji) – mocno obawiałam się o akceptację społeczną swojej ruchliwej osoby i mej równie żywotnej latorośli.

Oczywiście staram się jak mogę, wszystkim  mówię  ładnie „dzień dobry” , klatkę schodową myję żelem pod prysznic o zapachu kokosa, składzik przedmiotów przeznaczonych do tranzytu przed moimi drzwiami nie zawiera ani obuwia ani wiader (a śmieci znikają nazajutrz!), odkurzam i piorę przed dwudziestą drugą, kiedy krzyczę na Syna – zamykam okno, a dywaniki trzepię z balkonu tylko w nocy (!), hoduję sur finie i lawendę , a wieczorami wytrwali z najwyższych pięter przeciwległego bloku mogą podziwiać moje peniuary…
Chyba mnie tu lubią. Jeszcze się uśmiechają.

Nie ulegam natomiast niedzielnej euforii zbiorowego tłuczenia mięsa na kotlety o godzinie 11.00 oraz smażenia tegoż  o godzinie 12.30, nie wywiesiłam flagi z czarną tasiemką ani z okazji żałoby narodowej, ani z okazji świąt majowych – miałam nawet przelotny koncept, aby wywiesić flagę piracką , ale gdzieś się zapodziała w trakcie przeprowadzki. Sambor świetnie integruje się z dziećmi, hasa po trawniku i ryje w piaskownicy – ale nie wrzeszczy pod balkonem „ma-moooooooo”, co bardzo doceniam. Jeden z moich kolegów pali na balkonie bez peruki, ale za to  z obnażoną piersią  -  narażając mnie i siebie na to, że zostaniemy bohaterami lokalnego serialu wenezuelskiego, przekazywanego w formie legendy z ust do ust.

Życie w bloku docenię zapewne szczególnie w porze zimowej, kiedy bez najmniejszego wysiłku korzystać będę z dobrodziejstw ciepłowni miejskiej. Szczelne okna i podłogi gwarantują  kumulację słodkiego ciepła, istnieje  więc   szansa, że moja tradycyjna  depresja zimowa będzie w tym roku  mnie j dotkliwa.

Są jednak wieczory, kiedy ballady  „Cowboy Junkies”  wyjątkowo bolą w piersi, tęsknię wtedy za swoją zieloną oazą rozpiętą między płotami, za chóralnym szeptem drzew, za rozwibrowaną codziennością  ptaków, mrówek, żab, myszy, świerszczy i trzmieli. Są popołudnia, kiedy chciałabym po prostu zamknąć oczy i wrócić tam na chwilę . Gdyby móc tak znowu pod leniwym grzbietem poczuć tę samą ziemię, a czołem brodzić w letnim niebie… I przerwać tylko na moment, by zobaczyć jak biało-szare futro Bromby miga między gałęziami drzewka brzoskwini.

Ale nie umiem jeszcze tak wspominać, aby nie zgniatać w gardle soli.
Ale jeśli się tego nie nauczę, zapomnę.

Zapomnę i nauczę się żyć tu, docenię jak pięknie odbija się  Księżyc w jeziorze, nawet jeśli potem zniknie za betonem…        

wtorek, 22 czerwca 2010
Bromba, wieczna kruszynko o bajkowych oczach ... drzewołazie, kocia wiewióro, ornitologu, złodziejaszku gastronomiczny, kabareciarko ... Przyjaciółko kosmata, zabrałaś ze sobą pół sporego świata...
wtorek, 18 maja 2010

Miejsce i czas

Każdy z nas regularnie zastanawia się nad tym, ile z naszego życia jest tak naprawdę dziełem przypadku, a kiedy podlegamy działaniu tajemniczych sił sprawczych. I nie zadam sobie najmniejszego nawet trudu, aby szukać odpowiedzi na to pytanie, pozostawiając ten problem tym, którym liczenie baranów w bezsenną noc nie wystarcza.

Ja wierzę na przykład w energie, które się przyciągają, odpychają, intensyfikują, napędzają, kumulują i rozpraszają. Ufam dobrym Duchom, wystrzegam się nieprzychylnych, grzecznie mówię „dzień dobry” tym neutralnym. Mam swojego nosa, intuicję, kody genetyczne i parcie w kroku. I uważam na swoje życzenia wypowiadane entuzjastycznie do wielkiego ucha Wszechświata, można czasem naprawdę dostać dokładnie to, co się zamówiło. A to nie zawsze jest świetny pomysł, wierzcie mi, nie zawsze!

A czasem to, czego tak bardzo pragniemy nie chce się zmaterializować, nie udaje się, klinuje się złośliwie w poprzek. I mimo starań, działań i fikołków – nic. Los głuchnie na pogańskie pieśni i w poważaniu ma chrześcijańskie świeczki. Warto się wtedy zastanowić, czy to, co zaplanowaliśmy jest naprawdę dla nas, a może to po prostu nie ten czas?
No właśnie, różne mogą być te siły sprawcze, a równie dobrze mogą nie istnieć wcale – ale jedna z prawd świata przyrody uczy nas: na wszystko jest odpowiedni czas. Każdy owoc musi najpierw dojrzeć, a księżyc przejść kolejno wszystkie swoje fazy – zanim będzie w pełni! Płód ssaków sam ostatecznie decyduje o swojej gotowości do opuszczenia matczynego łona, i najlepiej dla niego, jeśli nic mu w tym nie przeszkodzi.

Mądrość totemu motyla, przekazywana przez Indian Seneca mówi, że trzeba przejść przez wszystkie stadia, zanim dane będzie nam opuścić kokon. A i wtedy bardzo precyzyjnie dobieramy moment, za wcześnie – niedobrze, bo skrzydełka wciąż mokre i niewykształcone, za późno – też kiepsko!

Pory roku następują po sobie w określonej kolejności, w równych odstępach przetaczamy się przez różnobarwne miesiące, lecz ani daty, ani gwiazdy nie są w stanie zmusić opornego listka do wychylenia się z ziemi, jeśli on sam nie będzie na to gotów. Skąd właściwie bociany wiedzą, kiedy poderwać się do zamorskiej podróży? Jaka chemia i fizyka musi się spotkać, aby wulkan wypluł swoją treść?
Na wszystko, co ma się wydarzyć potrzebne są miejsce i moment. Czasami szukamy wewnętrznej przemiany, możliwości oczyszczenia się i zrozumienia pewnych zjawisk w nas samych albo wokół nas – a to wymaga najczęściej całego pakietu cierpliwości, gotowości, a nade wszystko odpowiednich warunków, astrolog powiedziałby, że musi dojść koniunkcji konkretnych ciał niebieskich.

Każdy z nas miewa czasem poczucie, że jest właściwie bardzo blisko osiągnięcia celu, a jednak z jakiegoś powodu, ciągle się z nim mija, tracąc z oczu na długie chwile. W dodatku to co od nas niezależne przejmuje całkowitą kontrolę nad sytuacją, nie dając szansy na odpowiedź.  
Przyznajmy się. Wiele ważnych rzeczy nie może do nas przyjść, bo blokada tkwi w naszym ciele i umyśle. Czasem to błogosławiona siła podświadomości, której nie potrafimy zawczasu rozpoznać i docenić. Gotowość do przyjęcia rzeczy ważnych i wielkich musi wyrosnąć na czystym i żyznym gruncie. Im bardziej „wyzerowani” jesteśmy mentalnie, im czujniejsi, tym łatwiej o spokojną ocenę sytuacji i mądry następny krok.

Niejedna kobieta, która ma kłopot z zajściem w ciążę, skrywa gdzieś głęboko rozmaite lęki (kwestie partnerskie, materialne, lęk przed rozwiązaniem, nową rolą itp.). Czy zaplątani wciąż w energetycznym polu byłego partnera znajdziemy nowego? Czy na gruncie kulejącego interesu zbudujemy świetnie prosperujący koncern? Czasami „nowe” potrzebuje więcej miejsca, warto więc zrobić porządki i pożegnać się z tym, co stare i na dalszej drodze niepotrzebne.

Ale jak rozumieć niektóre znaki, gdzie jest granica między odpowiednią interpretacją przypadkowych wydarzeń i spotkań, a zwykłą iluzją? Czy ten smok przed nami to ostrzeżenie, czy zadanie do wykonania?
Na swojej ścieżce uważnie przyglądam się zmieniającym się aurom, próbuję wywąchać co przynosi nowy strumień wiatru, lubię zabawę z symbolami, ufam uniwersalnej mądrości szepczącej do mnie nieustannie ze świata przyrody.

Bywa, że czuję się jakbym płynęła leniwie miękkim pontonem, dookoła cudowny krajobraz, woda sama niesie mnie tam, dokąd chcę dopłynąć, ufam jej całkowicie, a wiatr tylko wspiera delikatnie… Wszystko na co patrzę po drodze jest takie, jakie właśnie w tej chwili ma być. Czasem coś każe mi zatrzymać się i wysiąść na brzegu, wywołuje mnie dalej i zaprasza na dziką łąkę, pozwala nasycić się dokładnie tym, o czym przed chwilą pomyślałam. Tak bywa. Wtedy wierzę w przeznaczenie. 

Ale raz po raz, kiedy jest trudniej, kiedy seria wydarzeń sumuje się bezlitośnie pod szyldem „plecy” (albo jeszcze gorzej „d….”) przychodzą wątpliwości: „Czy powinnam zawrócić, poddać się, czy to aby dla mnie?”.
A może kierunek jest właściwy, a zmienić trzeba tylko strategię i myślenie?
A może zwyczajnie jeszcze nie miejsce na to i czas?   

P.S. A może ten cholerny brunet po prostu woli blondynki ;-P?


poniedziałek, 26 kwietnia 2010
Rozstania i ... nowe rozdanie

Minęło sporo czasu, odkąd zawiesiłam swoją aktywność na polu amatorskiej sztuki epistolarnej. Ale ten czas był mi potrzebny. Niewiele dawałam światu, za to uważnie wchłaniałam każdy dzień, niczym oszołomiony uczestnik darmowych warsztatów terapeutycznych. Wiele się zdarzyło, przez moje skromne życie przetoczyły się wszystkie możliwe żywioły, były wichury przemyśleń, tornada olśnień i powodzie uczuć. A kiedy przychodził czas ciszy, chowałam się w zimowej nocy, gdzieś między zaspą, a ciepłym kapturem. Zdążyłam poskładać w jednym szeregu swoje priorytety, marzenia i potrzeby, ulec paru pokusom i ugościć kilka iluzji. Na mojej Ścieżce raz po raz wyrastały znaki i drogowskazy, przemykali nauczyciele, utkało się wiele ważnych przyjaźni i znajomości… Rozpoznałam swoją obecną siłę i oswoiłam słabość. Zadurzyłam się w swoim trzydziestotrzyletnim ciele (jak się nader sympatycznie okazuje, nie ja jedna!).

Z taką sobą spotkałam się na rozstajnej drodze, aby stąd, z samego środka mojego osobistego Świętego Kręgu – wybrać tę właściwą i ruszyć w dalszą podróż…
W ostatnim czasie najsilniej jednak towarzyszyła mi Ziemia, żywioł pracy, materii, ale również i moment oczyszczenia się, zakończenia pewnego etapu. Czas styku zimy i wiosny zbiegł się więc z ważnymi dla mnie samej i dla mojego najbliższego otoczenia zmianami. Właśnie zabieram ostatnie rzeczy z domu, w którym mieszkałam przez ostatnie sześć lat. Trzeba tam jeszcze posprzątać. Trudno teraz oglądać przyprószoną kurzem i pojedynczymi porzuconymi przedmiotami podłogę, podobnie  jak kontury zabranych mebli na przyczerniałych ścianach i opuszczone pajęczyny. Najtrudniej mi jednak uśmiechnąć się do rozćwierkanego ogrodu i nie zapłakać, widząc jak kolejna wiosna czaruje okolicę zielenią i śpiewa rezolutnie głosami zakochanych ptaków…

Niespełna cztery tygodnie temu pierwszy raz zasnęłam w nowym mieszkaniu, na czwartym piętrze socrealistycznego bloku, w aurze remontu i chaosu, z którego dzisiaj wyłoniło się całkiem urocze gniazdko, naładowane energią wielu pracowitych wolontariuszy. Za oknem, kiedy przechylić lekko głowę i przymknąć prawe oko na trzy betonowe antydzieła architektury – widać jezioro i rozległe wzgórza. Tej pierwszej nocy, kiedy ogromna Księżyc odbijała się w czarnym lustrze wody i żaby hałaśliwie rozbijały osiedlową ciszę – zrozumiałam, że dobrze jest tu, gdzie jestem, a zważywszy na moje plany – może być tylko jeszcze lepiej!

Na tej mojej nowej drodze stoję niczym całkiem jeszcze niewyliniała  wilczyca, choć w obsłudze rzeczywistości – coraz bardziej zlisiała. Samodzielna matka czteroletniego chłopca, ucząca się nie liczyć więcej na oparcie, którego z resztą niewiele było. Trochę zziajana, zmęczona, trochę poszarpana na grzbiecie, przystałam by wylizać ubłocone łapy i zobaczyć, czy szczenię dotrzymuje kroku. Upajam się wolnością, jak zapachem świeżej wiosennej ziemi. Jest ten krwisty soczysty zew i jest siła, by za nim pójść. Wiem w którą stronę iść, trochę walczę z terenem, trochę jeszcze płoszą mnie obce dźwięki i zapachy, czasem  jeszcze obłędnym psim krokiem zawracam w kierunku, z którego przyszłam…

Podrapałam się, moje pchły są ze mną – moje Duchy zapewne też!
  

piątek, 03 kwietnia 2009
Sun Bear

Zapraszam do przeczytania mojego artykułu pt.

Niedźwiedź - przewodnik do następnego świata
Nauki i wizje Sun Bear'a

który ukazał się na łamach internetowego czasopisma TARAKA:

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9